Beige i Maryboo analizują pierwsze z dzieł pani Meyer

niedziela, 21 lipca 2013

Epilog: Wyjątkowy wieczór


No cóż, nie mogę się nie zgodzić. Dzisiejszy wieczór jest zaiste jedyny w swoim rodzaju; oto dotarliśmy do końca sagi. Tak, tak – to już wszystko, moi kochani. Przybijamy do portu i machamy na pożegnanie panu i pani Cullen (de domo Swan), niewolnikowi rozmiłowanemu w Nabokovie, Nabuchodonozorowi, Brygadzie N oraz całej reszcie ferajny. Kurtyna w dół!

Zanim jednak wyściskamy się z meyepriami i nie-wilkołakami, czeka nas dzisiejszy odcinek, który składać się będzie z trzech części: analizy właściwej oraz dwóch dodatków.
Nie przedłużając, sprawdźmy zatem, co takiego niezwykłego (he, he) wydarzy się w ostatnim rozdziale „Zmierzchu”.


Rozpoczynamy opisem Edwarda wsadzającego (przebraną w szykowne szyfony i jedwabie) pannę Swan do swojego autka. Tym razem nie chodzi jednak o pokaz dominacji; nieboraczka jest w gipsie i ma trudności z samodzielnym poruszaniem się. Tak, ta informacja nabierze w niedalekiej przyszłości szczególnego znaczenia.

Kiedy masz zamiar powiedzieć mi wreszcie, dokąd, u licha jedziemy? – odezwałam się zrzędliwie. Nienawidziłam niespodzianek. Dobrze o tym wiedział.
Jestem zdumiony, że jeszcze się nie domyśliłaś. – Spojrzał na mnie z ironią. Zaparło mi dech w piersiach – czy kiedykolwiek miałam się przyzwyczaić do jego uroku?
Mówiłam ci już, że bardzo fajnie dziś wyglądasz, prawda? – upewniłam się.
Mówiłaś. – Uśmiechnął się promiennie. Nigdy wcześniej nie widziałam go od stóp do głów w czerni, a musiałam przyznać, że kolor ten wspaniale kontrastował z jego jasną karnacją. Uroda Edwarda robiła kolosalne wrażenie. Był tylko jeden kłopot – to, że miał na sobie smoking, napawało mnie niepokojem.

Bardzo często zdarzało nam się z Beige przyrównywać Belkę do niewielkich stworzeń wodnych. Tym razem nie mam do tego serca – jak się za chwilę przekonacie, zmysł obserwacji naszej heroiny stoi na tak marnym poziomie, że nawet rozwielitka poczułaby wobec niej politowanie.

I nie, nie uciekł mi ten fragment o ironicznym spojrzeniu Warda, odczytanym przez Bellę jako oznaka seksapilu.

Asshole: + 1

No i but. But, nie buty, bo moja druga stopa nadal kryła się pod grubą warstwą gipsu. Cóż, szpilka wiązana w kostce na satynowe wstążeczki z pewnością nie zapewniała mi należytego oparcia, gdy próbowałam kuśtykać z miejsca na miejsce.

But na obcasie...do gipsu. Dla dziewczyny, która nie czuje się komfortowo w tego typu obuwiu nawet będąc w pełni sił.

Głupota: + 20

Połowa punktów na zaś, bo chodzenie nie będzie dzisiejszego wieczoru największym wyzwaniem dla Belci.

Jeśli twoja siostra ma zamiar jeszcze kiedyś potraktować mnie jak lalkę Barbie, nigdy więcej nie przyjdę już do was w odwiedziny – warknęłam. – Nie jestem świnką morską dla kosmetyczek – amatorek.
Większą część dnia spędziłam w przytłaczającej swoimi rozmiarami łazience Alice, jej właścicielka zaś wyżywała się na mojej skórze i włosach. Za każdym razem, gdy próbowałam zmienić pozycję albo narzekałam na niewygodę, przypominała mi, że ani trochę nie pamięta, jak to jest być człowiekiem, i błagała o cierpliwość, bo tak świetnie się bawi.

Meyer? Wiem, że chciałaś wykreować Alice na idealny produkt MTV rodem z My Sweet Sixteen. Wiem, że w założeniu ta postać miała być urocza. Niestety, nie wyszło. Ala jest irytującym pustogłowiem, traktującym swą rodzinę i przyjaciół (w szerokim tego słowa znaczeniu) jako manekiny do realizowania swoich twórczych fantazji – i to najczęściej wbrew woli samych zainteresowanych. Czytanie o niej sprawia, że mam ochotę wedrzeć się do kart książki, a następnie magicznie teleportować tego bezmózgowca do jakiejś niewielkiej afrykańskiej wioski, gdzie musiałaby się zająć czymś pożytecznym i byłaby trwale pozbawione dostępu do wszystkich obiektów związanych z modą i urodą.

Na koniec przebrała mnie w wyjątkowo idiotyczną sukienkę – granatową, falbaniastą, odsłaniającą ramiona, z francuską metką, której nie potrafiłam rozszyfrować – sukienkę rodem z harlequina, a nie z Forks. Nasze wieczorowe kreacje nie zapowiadały niczego dobrego, co do tego byłam przekonana. Chyba, że... ale sama przed sobą bałam się przyznać, że snuję podobne przypuszczenia.

Dzisiejszy rozdział jest strasznie tajemniczy, nie sądzicie? Wskazówka na przyszłość – przygotujcie sobie miękką poduszkę, niebezpiecznie jest walić głową o laptopa/biurko/ramę łóżka.
Swoją drogą, do kwestii sukienki jeszcze dziś powrócimy.

Rozmyślania Belli przerywa telefon; to Charlie postanowił poinformować Edwarda, iż pod drzwiami domu komendanta czeka na Bellę odświętnie ubrany Tyler. McSparkle prosi Swana, aby dał mu chłopaka do telefonu, a następnie informuje właściciela słynnego vana, iż nasza protagonistka jest zaklepana na ten i wszystkie kolejne wieczory. Zgadnijcie, kto nie ma w tej scenie nic do powiedzenia na temat swoich ewentualnych przyszłych planów imprezowych?

Asshole: +1

- Jeszcze raz przepraszam za wszelkie wynikłe niedogodności. Może jeszcze kogoś znajdziesz – dodał zjadliwie na pożegnanie i zamknął telefon.
Spurpurowiałam z oburzenia. Do oczu napłynęły mi łzy wściekłości. Takiej reakcji Edward się nie spodziewał.
Co, przesadziłem z tym ostatnim? Przepraszam, ciebie nie chciałem urazić.

Wardo, możesz mi wyjaśnić, dlaczego w ogóle masz ochotę urazić Tylera? Ten biedny chłopak faktycznie jest nieco namolny (Tyler, pamiętaj: jeśli chcesz iść z kimś na potańcówkę, najpierw musisz go zaprosić, rozpowiadanie o tym fakcie kolegom nie wystarczy. Poza tym, jeżeli zaczynasz prześcigać Jacoba w mylnym odczytywaniu sygnałów, to wiedz, że coś się dzieje), ale nie uczynił nic złego poza tym, że miał ochotę spędzić miły wieczór z koleżanką.

Asshole: + 5

Co, myślicie może, że to oburzenie Belki jest spowodowane bucerą lubego?

Puściłam tę uwagę mimo uszu.
Zabierasz mnie na bal absolwentów! – wydarłam się.
Tak mi było wstyd, że wcześniej na to nie wpadłam. Gdyby owo wydarzenie towarzyskie choć trochę mnie obchodziło, z pewnością zwróciłabym uwagę na datę widniejącą na rozwieszonych po szkole plakatach, nie podejrzewałam jednak, że Edward skarze mnie na podobne męczarnie. Skąd ten pomysł? Czyżby nic o mnie nie wiedział?

Tak, moi drodzy. To właśnie wielki twist dzisiejszego rozdziału: Bella nie zorientowała się, że Edek zabiera ją na bal na zakończenie szkoły.
I uwierzcie – szczyt absurdu nadal przed nami.

Jak to w ogóle możliwe? Tzw. prom to ważne wydarzenie dla większości amerykańskich licealistów. Nawet, jeśli Belka nie miała ochoty wziąć udziału w imprezie i nie dopytywała się o dokładną datę, niemożliwym jest, by uniknęła niekończących się rozmów rówieśników na temat wyboru kreacji czy partnera. Będąc kompletnie niezainteresowaną studniówką mojego rocznika, znałam miejsce i czas rozpoczęcia imprezy – a to dlatego, że w celu uniknięcia nieustannie toczących się dyskusji i natłoku przygotowań (włącznie z szykowaniem dekoracji) musiałabym wagarować mniej więcej od początku grudnia. Biorąc pod uwagę, że bal w Forks odbywa się na terenie szkoły, tego rodzaju odcięcie od rzeczywistości jest po prostu awykonalne.

A co do ostatniego pytania: nie. Przykro mi Bello, ale twój wymarzony książę z bajki nie wie o tobie kompletnie niczego – a to, co wie, kompletnie nie przeszkadza mu w ustawianiu planów pod własne widzimisię. Twoje życzenia nie tylko nie są i nigdy nie będą dla niego priorytetem, ale w dodatku całkowicie go nie interesują. Cóż, wciąż masz czas na ucieczkę – istnieje szansa, iż Tyler nie zdążył jeszcze opuścić podjazdu przed twoim domem.

Głupota: + 30
Asshole: + 20

Sądząc po minie Edwarda, moja reakcja była mocno przesadzona. Zmarszczył czoło i zacisnął wargi.
Uspokój się, Bello.
Wyjrzałam przez okno – przebyliśmy już połowę drogi do szkoły.
Czemu mi to robisz? – spytałam przerażona i zła.
- Włożyłem smoking. Czego się spodziewałaś, jeśli nie balu?
Nie wiedziałam, co odrzec. Przegapiłam najbardziej oczywisty z powodów. Rzecz jasna, gdy Alice próbowała zmienić mnie w królową piękności, w mojej głowie zrodziły się pewne niejasne i budzące grozę podejrzenia, ale okazały się tak naiwne... Jak by nie patrzeć, wyszłam na idiotkę.

Cierpliwości – już niedługo poznamy krętą ścieżkę, po jakiej podążają tory myślowe Belci.

A tak w ogóle, to opanuj się, młoda damo, i przestań stroić fochy, bo zaraz zawrócę samochód!

Asshole: + 1

To śmieszne. Dlaczego płaczesz?
Bo jestem wściekła!
Bello. – Spojrzał mi prosto w oczy, wykorzystując swój magnetyczny urok.
Co? – mruknęłam zdekoncentrowana.
Zrób to dla mnie – poprosił.
Pod wpływem jego złocistego spojrzenia ulatniał się cały mój gniew. Z kimś, kto miał w zanadrzu taką broń, nie dało się wygrać. Poddałam się bez klasy.
Niech ci będzie. – Naburmuszona wydęłam usta. Chciałam patrzeć na niego nienawistnie, ale nie za bardzo mi to wychodziło.

McSparkle, mam pewien pomysł, być może nieco rewolucyjny – co ty na to, żebyś raz dla odmiany to TY zrobił coś, o co prosi cię twoja dziewczyna?

Belka ma pełne prawo nie chcieć brać udziału w balu. Istnieją osoby, dla których tego rodzaju przyjęcia nie są nie rozrywką, a torturą – bo nie lubią puszczanej tam muzyki/nie potrafią tańczyć/czują się źle w tłumie ludzi/wstawcie jakikolwiek inny powód. Zmuszanie ich do uczestniczenia w tego rodzaju wydarzeniu prędzej poskutkuje zepsuciem delikwentowi wieczoru, niż magicznym odczarowaniem jego uprzedzeń i fobii.

Asshole: + 20

- Jak nic złamię drugą nogę. Spójrz tylko na ten pantofelek! To śmiertelna pułapka! – Wyciągnęłam obutą stopę przed siebie.
Hm... – Wpatrywał się w nią dłużej, niż to było konieczne. – Alice nieźle się spisała. Muszę zaraz jej za to podziękować.

A właśnie, jeszcze taki drobny szczegół – Bella ma nogę w gipsie. Zaiste, tańcowanie w takich warunkach (zwłaszcza przy znaczniej różnicy poziomów wynikającej z obcasa na drugiej kończynie) znacząco przyśpieszy proces rekonwalescencji.

To Alice też tam będzie? – Poczułam się nieco pewniej.
I Alice, i Jasper, i Emmett – przyznał. – I Rosalie.
Dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Rosalie nadal nie mogła się do mnie przekonać, choć jej „narzeczony” lubił moje towarzystwo. Cieszył się, gdy do nich wpadałam, bawiły go moje człowiecze zachowania – a może raczej to, że tak często się przewracałam...

Och, Emmett, jak dobrze, że tu jesteś – ty i twoja jedyna słuszna postawa pełnego politowania rozbawienia dla naszej irytującej Mary Sue.


Nasi bohaterowie docierają do szkoły:

Bello, nie pozwolę, żeby ktokolwiek zrobił ci krzywdę, żebyś sama sobie zrobiła krzywdę. Przyrzekam, że nie wypuszczę cię z objęć ani na sekundę.
(…)
Złapałam go za rękę, a drugą przytrzymał mnie w talii. Gdy już stanęłam o własnych siłach, objął mnie mocno ramieniem i tak podpierana pokuśtykałam w kierunku szkoły. Wspierając się na Edwardzie całym ciężarem ciała, musiałam tylko pamiętać o przesuwaniu nogi do przodu.

Taa...Szykuje się szalony wieczór.

Spojrzałam na parkiet. Na samym środku poza dwiema parami nie było nikogo. Czwórka tancerzy wirowała profesjonalnie z porażającą gracją – pozostali zbili się pod ścianami, nie mając ochoty z nimi konkurować. Wiedzieli, że nie mają szans. Jasper i Emmett w klasycznych smokingach byli niedoścignieni. Alice wyglądała cudownie w czarnej satynowej sukni ze strategicznie rozmieszczonymi otworami, które odsłaniały spore trójkąty jej śnieżnobiałego ciała. A Rosalie... Cóż, widok Rosalie zapierał dech w piersiach. Jej obcisłą krwistoczerwoną kreację bez pleców kończył falbaniasty tren, a wąski dekolt sięgał samej talii. Żal mi było każdej dziewczyny na sali, ze mną włącznie.

No, wreszcie. To mój ulubiony wątek w dzisiejszym odcinku: suknie naszych bohaterek.

Na tej stronie znajdziecie pytania, jakie zadali Meyer czytelnicy w związku z fabułą „Zmierzchu”; jedno z nich dotyczy sukienek, jakie Belcia, Rózia i Ala założyły na dzisiejszą imprezę. Stefa podzieliła się z fanami zdjęciami kreacji, które posłużyły jej za wzór (oba pochodzą z Paris fashion week 2003). Oto suknia Belli (w wersji książkowej występująca w kolorze niebieskim):



i Alice:



Nie ma tu, niestety, pierwowzoru kiecki Rosalie, ale fani już dawno zdołali ustalić po zamieszczonym powyżej opisie, iż prezentowałaby się ona mniej więcej jako czerwona wariacja stroju, w jakim Keira Knightley pojawiła się na premierze drugiej części „Piratów z Karaibów”:





Pomińmy sukienkę Belli, która jest dosyć skromna (w wyciętym fragmencie „Zmierzchu” dotyczącym przygotowań do imprezy jest zasugerowane, że Stefcia przerobiła ją w wyobraźni i usunęła prześwity z okolic dekoltu) i skupmy się na kreacjach Rosalie i Alice.

Spójrzcie na zdjęcia 2, 3 i 4.

Wyobraźcie sobie maturzystkę i uczennicę drugiej licealnej, które przybywają w czymś takim na (było nie było) szkolną imprezę.

Szkolną imprezę organizowaną na sali gimnastycznej ogólniaka.

W małej, prowincjonalnej mieścinie, gdzie każdy zna każdego od pieluch.

Jakieś wnioski?

Kicz: + 100

Może to dobrze, że Stefa ma synów. Mogłaby się gorzko rozczarować, gdy po wybraniu strojów na bal dla swych córek dowiedziała się, że dyrektor odesłał jej pociechy do domu z poleceniem, by założyły coś niegodzącego w dobre imię szkoły.

I nie, Meyer, pozostałe uczennice Forks High School nie tyle zazieleniałyby z zazdrości, co znalazły idealny obiekt kpin i plotek na resztę edukacji w tym przybytku. Ala i Rose spędziłyby pozostały im czas w liceum z synonimicznymi określeniami najstarszego zawodu świata rzucanymi teatralnym szeptem za ich plecami. Nastolatek to nierzadko okrutny (choć szczery do bólu) gatunek człowieka.

Czy mam zabić deskami wszystkie drzwi – szepnęłam – żebyście mogli bez przeszkód zmasakrować nic niepodejrzewających gości?
A ty do której ze stron się zaliczasz, co?
To chyba oczywiste, że jestem z wami.

...Ten żart może byłby śmieszny, gdyby nie fakt, że jego adresat spędził swe młodzieńcze lata mordując z nudów setki obywateli.

W końcu udało mu się dowlec mnie do swojego rodzeństwa. Tamci nadal wirowali wdzięcznie, co poniekąd zupełnie nie pasowało ani do tandetnych dekoracji, ani do nowoczesnej muzyki.

Innymi słowy, Cullenowie odstawiają walca do muzyki techno. Cóż, przynajmniej reszta uczniów będzie miała co wspominać na długie lata po opuszczeniu murów szkoły.

Głupota: + 1

Edwardzie, uwierz mi. – Tak bardzo zaschło mi w gardle, że musiałam szeptać. – Ja naprawdę, naprawdę nie umiem tańczyć.
Nie martw się, głuptasku – odparł. – Ważne, że ja umiem. – Położył sobie moje obie dłonie na szyi i uniósł mnie delikatnie, żeby wsunąć swoje stopy pod moje. Ani się obejrzałam, a i my wirowaliśmy po parkiecie.
Czuję się jak przedszkolak – wykrztusiłam z siebie po kilku minutach walca.

Primo: przysięgam, że nie czytałam do przodu. Ten walc to miał być żart :D

Secundo: jak na razie impreza zapowiada się dla Belli fenomenalnie. Czujecie ten przypływ romantyzmu? Tę głęboką zmysłowość, rodem z kinderbali w przedszkolu? Ciekawe, jakie jeszcze atrakcje ma w zanadrzu Edward – Superniania?


Popisy taneczne naszych gołąbeczków przerywa niezapowiedziane pojawienie się na parkiecie Jacoba Blacka. Indianin prosi pannę Swan o jeden taniec (tym razem polegający na chybotaniu się w miejscu). Okazuje się, że Billy przekupił syna, by przekazał w jego imieniu wiadomość córce komendanta (łapówka – dwadzieścia dolców i cylinder do auta). Jake jest mocno zażenowany treścią informacji, ale materialistyczna część jego natury w końcu bierze górę i wyznaje pannie Swan, że jego ojciec życzy sobie, by Bella zerwała ze swoim chłopakiem. Powód? Legendy plemienne oraz związane z nimi podejrzenie, że to Edzio - krwiopijca poturbował Belkę w Phoenix.

No sami powiedzcie, jak tu nie lubić członków Brygady N? Nieszczęsny Black Senior jest jedną z niewielu osób w tej serii, która posiada zmysł obserwacji i autentycznie przejmuje się bezpieczeństwem córki przyjaciela.

Oczywiście, Belcia wpada w złość słysząc że ktoś ośmiela się obrażać Małego Lorda i każde Jacobowi przekazać ojcu, iż Wardo uratował jej życie. To jednak nie koniec rozmowy:

Ojciec mówi, ba, ostrzega cię nawet, że – i tu zwróć uwagę na liczbę mnogą – ”będą cię mieli na oku”. – Jacob zamarł w oczekiwaniu na moją reakcję.
Zabrzmiało to niczym pogróżka z jakiegoś filmu gangsterskiego. Parsknęłam śmiechem.
Boże, Jake, współczuję ci, że musiałeś przez to przejść.
Odetchnął z ulgą.
Już się bałem, że mnie pogonisz. – Uśmiechnął się i śmielej przyjrzał mojej kreacji. – To co – spytał z nadzieją – mam mu przekazać od ciebie: „Spadaj na drzewo, dziadu”?
Nie, skąd. Podziękuj mu za troskę. Wiem, że to wszystko dla mojego dobra.

Wiecie, dlaczego musiałam zacytować ten fragment?

a) bo Bella jest w nim miła dla Jake'a

b) bo Bella zdaje sobie sprawę, że troska o jej zdrowie i życie zasługuje na wdzięczność, a nie strojenie fochów.

...To naprawdę smutne, iż tego rodzaju chwile są tak rzadkie, że aż zasługujące na wyróżnienie w analizie.

Jacob, wypełniwszy zadanie, zmywa się do domu. Niestety, oznacza to że znowu musimy męczyć się z Brokatowym Księciem, który – nie żartuję – jest wściekły na Blacka, który to podczas komplementowania wyglądu Belli (między wypełnianiem poleceń tatusia Indianin znalazł bowiem czas i na flirt) użył zaledwie słowa „śliczna”.

Chłopie, łyknij jakiś Persen.

Znów wirowaliśmy po parkiecie niczym pięciolatka z tatusiem.

...Meyer, mówił ci już ktoś, że jesteś swoją własną metą?


Najwyraźniej Edziowi także zaczynają przeszkadzać klimaty rodem z „Lolity”, nasza para opuszcza bowiem parkiet i udaje się odpocząć na szkolne podwórko.

Usiadłszy [na ławce], przytulił mnie mocno do siebie. Na niebie nad nami widoczny był już księżyc, prześwitywał przez cienką warstwę chmur. W jego białym świetle twarz Edwarda wyglądała na bledszą niż zwykle.
(…)
I znów zmierzch – zamruczał pod nosem. – Kolejny dzień dobiega końca. Choćby nie wiem jaki był piękny, jego miejsce zajmie noc.

Symboliczne nawiązanie do tytułu jest symboliczne. Paulo Coelho approves!

Edzio wyjaśnia, dlaczego przymusił lubą do udziału w potańcówce:

Wziąłem cię na bal – zaczął wreszcie, starannie dobierając słowa – ponieważ nie chcę, żeby cokolwiek cię w życiu ominęło, ominęło przez to, że jesteś ze mną. Zrobię wszystko, żeby wynagrodzić ci jakoś moją odmienność. Chcę, żebyś żyła tak jak inni ludzie. Żebyś żyła tak, jakbym rzeczywiście zmarł w roku 1918, tak jak wypadało.

To bardzo pięknie z twojej strony, problem tylko w tym, iż – jak za chwilę wypomni ci sama zainteresowana – Belka nie poszłaby na bal niezależnie od twej śmierci. Ba, jedynym, co ją tu przyciągnęło jest...twoja osoba. Edwardzie, dlaczego gardzisz logiką? Nie odrzucaj, lecz przytul ją do serca!

Głupota: + 5

No dobrze, czas na wielki finał. Co właściwie myślała sobie Belcia, gdy Ala owijała ją w kreację rodem z wybiegu?

Wydałaś się szczerze zaskoczona, zorientowawszy się, dokąd cię wiozę.
Bo byłam zaskoczona – wtrąciłam.
No właśnie – przytaknął. – Musiałaś mieć jednak jakąś własną teorię, prawda? Jestem jej bardzo ciekaw. Myślałaś, że po co cię tak kazałem wystroić?
I po co się zgodziłaś na zwierzenia, pomyślałam. Zawahałam się, przygryzłam wargi.
Nie powiem.
Obiecałaś.
Wiem, że obiecałam.
W czym problem?
Myślał pewnie, że po prostu wstydzę się swoich domysłów.
Boję się, że się wściekniesz – wyjaśniłam – albo, że będzie ci smutno.
Zastanawiał się przez chwile.
Mimo to chce wiedzieć. Proszę. Westchnęłam. Czekał.
Widzisz... Podejrzewałam oczywiście, że chodzi o jakiś... o jakąś szczególną okazję. Ale nie coś tak człowieczego, tak trywialnego jak bal absolwentów! – Prychnęłam.
Człowieczego? – powtórzył sucho. Wychwycił słowo-klucz.
Zapadła cisza. Ze wzrokiem wbitym we własne kolana zaczęłam bawić się nerwowo luźnym kawałkiem szyfonu.
No dobra. – Postanowiłam powiedzieć całą prawdę. – Miałam nadzieję, że jednak zmieniłeś zdanie... że jednak zostanę jedną z was.

Głupota: + 100

Nie skomentuję tej akurat kategorii – dziwy nad dziwami, zrobi to za mnie Wardo:

Sądziłaś, że to okazja wymagająca strojów wieczorowych? – zaszydził, odchylając wymownie połę swojego smokingu.

No dobra, pośmialiśmy się. Teraz będzie już tylko ponuro.

Nie wiem, jak to jest. Odniosłam tylko wrażenie, że to wydarzenie poważniejsze niż taki bal.Wyraz twarzy Edwarda nie zmienił się. – To wcale nie jest zabawne – zaprotestowałam.
Masz rację, to nie jest zabawne – przyznał poważniejąc. – Wolę jednak myśleć, że żartujesz, niż że mówisz na serio.
Kiedy ja nie żartuję.
Westchnął ciężko.
Wiem. Naprawdę jesteś taka chętna?
W jego oczach dostrzegłam ból. Pokiwałam głową.
Chętna zakończyć swoje życie, nie zaznawszy dorosłości – szepnął, jakby do siebie. – Chętna uczynić z młodości zmierzch swego życia. Gotowa wyrzec się wszystkiego.
To nie koniec, to dopiero początek – mruknęłam.

Na początku dzisiejszej analizy wspomniałam o niespodziance; jest ona powodem, dla którego nie skomentuję danego fragmentu. Zostawiam to na lepszy moment.

Naprawdę jesteś gotowa? – spytał po dłuższej chwili.
Hm. – Przełknęłam głośno ślinę. – Tak. Z uśmiechem wolno przybliżył twarz do mojej szyi, by w końcu musnąć chłodnymi wargami skórę policzka koło ucha.
Choćby zaraz? – Poczułam na szyi jego zimny oddech i mimowolnie zadrżałam.
Tak. – Musiałam zniżyć głos do szeptu, żeby się nie załamał. Jeśli Edward myślał, że blefuję, miało spotkać go rozczarowanie. Podjęłam już decyzję i nie miałam żadnych wątpliwości. Mniejsza o to, że cała zesztywniałam ze strachu, zacisnęłam pięści i zaczęłam spazmatycznie oddychać...

Pomijając tu wszelkie inne aspekty idiotyzmu związanego z marzeniem Belli – czy naprawdę istnieje lepszy dowód na to, że panna Swan jest kompletnie niegotowa na tego rodzaju krok?

A tak swoją drogą – co z Charliem i Renee?

Tak, wiem. Naiwne, głupie pytanie. Belka ma, miała i zawsze będzie mieć rodziców w głębokim poważaniu; jak bardzo głębokim, mieliśmy okazję przekonać się tydzień temu. Ale skupmy się na stricte technicznym aspekcie przemiany. Zakładając, że Edek faktycznie zaraz ją uchla...

...Bello? Jesteś gotowa już teraz, w tej minucie zostawić całe swoje dotychczasowe życie? Od tego momentu raz na zawsze zerwać więzi z rodziną i znajomymi? Wić się z bólu przez trzy dni, a następnie leżeć nieruchomo w kostnicy i przysłuchiwać się rozpaczliwym szlochom rodziców, przekonanych, że nie żyjesz? Porzucić wszystko, co może ci w przyszłości zaofiarować los w imię faceta, którego znasz kilka tygodni?

Jeśli odpowiedziałaś „tak” na powyższe pytania, to apeluję, abyś faktycznie lada moment przystąpiła do transformacji, bo i tak nie da się zaobserwować u ciebie choćby pierwiastka człowieczeństwa.

Zła córka: + 200
Głupota: + 300

Oczywiście, McSparkle jedynie się zgrywał:

Chyba nie uwierzyłaś, że poddałbym się tak łatwo. – Naigrawał się ze mnie, ale z nutką goryczy.
Każda dziewczyna ma prawo do marzeń.
Uniósł brwi.
O tym właśnie marzysz? Żeby zostać potworem?
Niezupełnie – sprostowałam niezadowolona z jego doboru słów. Ładny mi potwór. – Głównie marzę o tym, by już nigdy się z tobą nie rozstawać.

Bello, przestań kłamać. Znam sagę lepiej niż niejeden fan twórczości Meyer i doskonale wiem, że twoje priorytety przedstawiają się następująco:

1) Wieczne piękno
2) Wieczna młodość
3) Nieśmiertelność
4) Nadnaturalne umiejętności
5) Nieprzebrane bogactwo i wynikające z niego korzyści
6) Edek (tylko, jeśli punkty 1-5 zostaną zrealizowane)

Przy wszystkich twoich zachwytach nad McSparklem, ten facet jest dla ciebie przede wszystkim biletem do nowego, lepszego świata. Tu nigdy nie chodziło o miłość – bo gdybyś rzeczywiście kochała Edwarda, zrozumiałabyś, dlaczego tak bardzo wzbrania się on przed uczynieniem cię wampirem, które skutkuje (przypuszczalnym) potępieniem duszy i pozbawieniem szans na normalne życie.

Naszą przygodę kończymy patetycznym:

Pomyśl – odezwałam się – kocham cię bardziej niż wszystkie inne rzeczy na świecie razem wzięte. Czy to ci nie wystarcza?
Wystarcza – odpowiedział z uśmiechem. – Starczy na wieczność. – I pochylił się, by raz jeszcze pocałować mnie w szyję.

Kicz: + 50


Czas zatem na wielkie podsumowanie.

 
Liczba punktów uzyskanych przez „Zmierzch”:

Głupota: 33109
Tyran: 30136
Asshole: 19984
Bitch: 7857
Nuda: 3170
Lenistwo: 2838
Angst: 2164
Zły ojciec: 1150
Mary Sue: 1086
Ego: 679
Kicz: 587
Zła córka: 570
Zbędność: 178

Oraz kategoria specjalna – ilość Dramatycznych Lam: 13



Łączna liczba punktów uzyskana przez sagę „Zmierzch”
(wliczając kategorie występujące tylko w niektórych z analiz):


Głupota: 63435
Tyran: 33352
Lenistwo: 25578
Asshole: 19984
Bitch: 15215
Mary Sue: 10310
Kicz: 9363
Nuda: 5091
Angst: 4250
Zły ojciec: 1570
Ego: 1405
Zła córka: 1249
Zła matka: 600
Zły chłopak: 584
Zbędność: 234
Emo: 127



Statystyki za nami, czas więc na drugą część dzisiejszego odcinka. Oficjalne zakończenie serii analiz wymaga odpowiedniego podsumowania; niniejszym prezentujemy Wam ten oto mini-esej, w którym dzielimy się naszymi przemyśleniami dotyczącymi tego, co w czasie pracy analizatora ubodło nas najbardziej.


Dziesięć najgorszych motywów sagi „Zmierzch”

Beige

1) Wpojenie

Wpojenie, czyli przepis Stefci na związek idealny. Żadnych starań, kompromisów, docierania się charakterów, stopniowego poznawania drugiej osoby czy innych takich bzdetów. Miłość instant. Lenistwo ałtorki mnie powala. Ale to nie jest najgorsze. Sam pomysł jest przerażający. Wilkołak nie ma żadnej kontroli nad wpojeniem. Dostaje tym cholerstwem przez łeb i do końca życia zostaje niewolnikiem płaszczącym się u stóp ukochanej. Biedny futrzak. Z kolei osoba, w którą wolf się wpoi, nie ma wcale lepiej. Co, jeśli pannie ten konkretny facet się nie podoba? Ano, wychodzi na to, że nie ma wyjścia. Emily (choć jej akurat facet się podobał) na początku nie zgadzała się na związek. Kilka szram na twarzy i trochę grożenia samobójstwem Sama później Emily jest w „szczęśliwym” związku z Uleyem. I to wszystko stało się kobiecie, która tak naprawdę odwzajemniała uczucie wilka. Co stałoby się, gdyby go zupełnie nie chciała? Strach myśleć. A co z obiektem wpojenia, który jest dzieckiem?


2) Child grooming

Child grooming właśnie. Otóż okazuje się, że wilk może wpoić się w dziecko i sobie to dziecko wychować na partnerkę. Wspominałyśmy z Maryboo, że jest to tak naprawdę praktycznie niemożliwe ze względu na efekt Westermarcka, który warunkuje brak pociągu seksualnego do kogoś, kto nas wychowuje od małego. Załóżmy jednak, że efekt ten nie działa w Meyerlandzie. Czyż to nie romantyczne, prać dziecku mózg od maleńkości? Przecież to szczyt wyrachowania, by dopasowywać się do potrzeb dziewczynki na każdym etapie rozwoju, żeby w odpowiednim momencie dobrać się jej do majtek. Obrzydliwe i z miłością nie ma nic wspólnego, tak jak i samo wpojenie. Dziś niania, jutro kumpel, pojutrze kochanek. No nie wyobrażam sobie tego.


3) Prześladowanie i tyranizm Edka

Edek, och Edek, ty gnoju. Niepojętym dla mnie jest to, jak fanki serii mogą usprawiedliwiać zachowanie Edzia. Włamuje się do domu Belki i przygląda się, jak dziewczyna śpi (odczyty na creepymetrze poza skalą), bo ją kocha i żyć bez niej nie może (BTW, oni wtedy jeszcze nie byli razem). Kontroluje ją i mówi jej, co ma robić, zataja przed nią ważne informacje, nie pozwala spotykać się ze znajomymi itd., bo jest starszy i mądrzejszy, więc wie najlepiej, co będzie dla Belci odpowiednie i bezpieczne. Jest na to takie fajne słowo: BULLSHIT. Nic tego buca nie usprawiedliwia. Jemu nie chodzi o jej bezpieczeństwo, bo gdyby tak było, zwinąłby się z familią i off the fuck you go! On po prostu chce nią rządzić i tyle. Taka jego własna, osobista, bezwolna laleczka. Ja dziękuję za taki związek.


4) Zależność Belki

I mamy drugą stronę medalu, czyli bezpłciową, bezwolną, niemającą własnego zdania Bellissimę jako główną bohaterkę, z którą mają utożsamiać się dziewczęta na całym świecie. Przykład cudowny, ja pierdzielę. Czyli najlepiej oddać władzę facetowi, to na pewno ze mną zostanie, jak McSparkle z Belką. Trzeba być słabą, omdlewającą mimozą, żeby jak najszybciej złapać męża, co w końcu jest priorytetem każdej z nas. I jest to tylko jeden z wielu przejawów seksizmu w serii, patrz traktowanie przez Smeyerową Lei, Rózi, innych wampirzyc, itd. Fuck you, Smeyer, fuck you.


5) Science fail

Last but not least, coś, co robi bubu mojemu naukowemu serduszku (i mózgowi, ale to chyba oczywiste). Zaprawdę powiadam wam, headdesk nad headdeskami. Stefka nie zrobiła żadnego riserczu, w życiu w to nie uwierzę. Fizyka i chemia u niej leżą i kwiczą żałośnie, biologia już dawno pomarła. Dodatkowe chromosomy, zapładniający jad, struktury diamentu, przedziwna termoregulacja u pedowolfów, itd. Nic tylko wyć do księżyca. Trzeba także nadmienić faile historyczne w opowieściach doktorka, Rózi i Jazza oraz faile geograficzne (popitolony klimat Widelców, położenie Rio de Janeiro).
Mnie się tam wydawało, że jak się człek za coś bierze, to musi najpierw coś o tym poczytać, czegoś się dowiedzieć, żeby nie wyjść na idiotę, szczególnie, jeżeli to nie jest coś z jego zainteresowań czy zawodu. Ale co ja tam wiem. Ile razy Maryboo zadawała mi pytania odnośnie fizjologii, gdy nie była pewna, czy coś jest biologicznie możliwe, a to tylko do analizy w Internecie. Widocznie książki pisze się inaczej.
Wyciera sarkazm z klawiatury.

I to jest moje top 5 najgorszych rzeczy w serii Tłajlajt. Pamiętajmy jednak, że to jedynie wierzchołek góry lodowej, bo cała lista jest naprawdę obszerna.


Maryboo:

6) Disney dla ubogich

Wszyscy lubimy szczęśliwe zakończenia; ten moment, w którym główny bohater wymienia pocałunek ze swą partnerką, jego drużyna wygrywa puchar w światowych zawodach minigolfa, a syn zapobiega inwazji kosmitów. Jest tylko jedno ale – happy end musi byś zasłużony i osiągnięty sporem nakładem pracy, a także wynikać z większego lub mniejszego poświęcenia.
Stephenie Meyer nie umie (i nie chce) tworzyć jakiegokolwiek konfliktu, a myśl o pozbawieniu czegokolwiek swojego awatara sprawia, że po plecach zaczynają jej spływać strużki potu. W efekcie takiej polityki Bella Swan otrzymuje absolutnie wszystko o czym kiedykolwiek marzyła (wieczne piękno i młodość, przystojny mężczyzna, niezwykle talenta) oraz to, o czym nigdy nie marzyła (idealne dziecko) bez poświęcania ze swojej strony absolutnie niczego oraz bez najmniejszego wysiłku. Konflikty? Te rozwiąże za naszą bohaterkę mężczyzna (jak nie ten, to inny), podczas gdy ona będzie obrazowo trząść się i mdleć na drugim planie. Konieczność opuszczenia rodziny i przyjaciół? Charlie wciąż widuje się z córką po przemianie, a Renee i młodzież z Forks nigdy nie miała dla niej najmniejszego znaczenia. Zmiana w żądne krwi monstrum? Od czego jest superkontrola, nieosiągalna nawet dla wampirów z kilkusetletnim stażem?
Począwszy od „Zmierzchu”, a skończywszy na „Przed Świtem”, Bella otrzymuje wszystko na tacy, zmienia się jedynie materiał, z którego jest ona wykonana (zaczynamy od srebrnej, przez złoto, platynę, kończąc na diamentowej, zdobionej szlachetnymi kamieniami). Nie cieszy mnie bynajmniej fakt, że saga kończy się rozmyślaniami Belki dotyczącymi dalszej, absolutnie perfekcyjnej egzystencji w Meyerlandzie – ostatecznie, o czym innym traktowały poprzednie trzy tomy?

7) Money, money, money...

Pieniądze to nie wszystko i każde dziecko o tym wie. Kłopot pojawia się wtedy, gdy owa ludowa mądrość zaczyna transformować się w przekonanie „pieniądze to nie problem”. A jeżeli połączymy ową opinię z zakupoholizmem, wychodzi nam całkowity koszmar, znany także pod nazwą Alice Cullen i spółka.
Cullenowie nie mają najmniejszego szacunku dla pieniądza i kompletnie nie znają jego wartości. Trwonią swój olbrzymi majątek (Carlisle znajduje się na liście 15 najbogatszych fikcyjnych postaci według Forbesa) na garderobę, której nie powstydziłaby się gwiazda filmowa (z „Przed Świtem” wiemy, że nikt w tej rodzinie NIGDY nie nosi tego samego ciucha dwa razy; nad przestrzeganiem owego prawa dzielnie czuwa Fashion Nazi Alice), wystawne, porażające przepychem przyjęcia, szybkie samochody oraz prywatne (leżące odłogiem) wyspy, a wszystko to w imię zasady „zastaw się, a postaw się”. Nie miałabym problemu z wydawaniem przez Cullenów dużej ilości pieniędzy, gdyby przeznaczali je na swoje hobby lub coś służącemu rozwojowi (ich lub świata). Problem w tym, że żadna z wymienionych przeze mnie rzeczy zdaje się nie sprawiać im najmniejszej radości. Każdy nowy dom, każde ubranie, każdy przedmiot domowego użytku (kojarzy ktoś zastawę ze szczerego srebra, którą dla zabawy niszczył Nabuchodonozor?) kosztuje majątek i pochodzi z najwyższej półki...najwyraźniej wyłącznie dlatego, że meyepiry z Alice na czele nie wyobrażają sobie przystania na przeciętne, plebejskie produkty. Przez całą sagę nie słyszymy ani słowa o dotacjach dla wybitnych studentów, inwestowaniu w laboratoria, centra badawcze, muzea i inne miejsca przeznaczone dla rozwoju i zachowania nauki i sztuki, w końcu o zwykłych akcjach charytatywnych - chociaż ze swoim bogactwem Cullenowie byliby w stanie utrzymać kilkadziesiąt fundacji dobroczynnych (nie, nie liczę tej śmiesznej wzmianki o GoodWill; jednym z głównych założeń darowizny jest chęć pomocy bliźniemu, a nie pozbycia się niechcianych – bo jednodniowych - fatałaszków). Kłucie bliźnich w oczy swoją zamożnością nie jest dla mnie dowodem na wspaniałość twoich awatarów, Meyer; jeśli to w ogóle możliwe, czyni ich raczej jeszcze bardziej odrzucającymi.
Nawiasem mówiąc, jest taka scena w „Przed Świtem”, gdy Bella obserwuje swój ślubny samochód i stwierdza, że Alice przywiązała do niego kilka par nowo zakupionych butów od najlepszych projektantów. Jak się niedawno dowiedziałam, owa amerykańska tradycja polega na tym, że przywiązuje się do zderzaka stare obuwie, które ma symbolizować bliskich młodej parze ludzi i być znakiem, że będą im oni nadal towarzyszyć w nowym życiu. Czy naprawdę potrzebny jest tu jakikolwiek komentarz?

8) Samobójstwo lekiem na wszystko

WHAT IF... What if true love left you? Not some ordinary high school romance, not some random jock boyfriend, not anyone at all replaceable. True love. The real deal. Your other half, your true soul's match. What happens if he leaves?

The Story Behind the Writing of New Moon


No dalej, czytelniku – jaka jest Twoja odpowiedź? Jeżeli nie brzmi ona „skończ ze sobą, bo twoja dalsza egzystencja nie ma sensu”, mam dla ciebie dwie wiadomości, dobrą i złą. Zła? Nie nadajesz się na romantycznego bohatera w rozumieniu pani Meyer. Dobra? Najwyraźniej będziesz miał szansę po raz kolejny zdmuchnąć świeczki na urodzinowym torcie.
Cała fabuła „Księżyca w Nowiu” wiodła do punktu kulminacyjnego będącego próbą samobójczą Edzia, która została z kolei poprzedzona próbą samobójczą Belli ( Stefa, przestań obrażać inteligencję czytelników, sugerując, że panna Swan wcale nie chciała się zabić; potrafimy czytać). Oba te wydarzenia nie zostały sportretowane tak, jak być powinny, a więc jako przesadzone, nieprzemyślane reakcje dwojga angstujących nastolatków; zamiast tego zarówno książka, jak i film odmalowały je w sposób sugerujący najwyższy romantyzm i apogeum prawdziwej miłości.
Meyer. Twoje twory czytają dziewczęta w najróżniejszym wieku; wiele z nich jest jeszcze młodziutkich i nieukształtowanych, inne przechodzą właśnie hormonalną burzę i reagują emocjonalnie na każde głupstwo, rozdmuchując je do niewyobrażalnych rozmiarów. Podsuwanie im tego rodzaju pomysłów to nawet nie głupota – to skrajny idiotyzm. Tak, każdy człowiek ma swój rozum i każdy jest za siebie odpowiedzialny, co nie zmienia faktu, że „Cierpienia młodego Wertera” spowodowały swego czasu falę samobójstw z miłości; literatura to potężne narzędzie. Znam osoby, które organicznie nie znoszą Stefy za te fragmenty i wspominają, że czytanie o skoku z klifu i SparkleSuicide podczas zmagania się z własną depresją były szalenie niebezpieczne, bo podsuwały im głupie pomysły. Samobójstwo jest rzeczą tragiczną samą w sobie; gloryfikowanie go jako jedynego sposobu na ukojenie bólu po partnerze jest po pierwsze kretyńskie, po drugie – obraźliwe dla wszystkich, którzy utracili swoich małżonków i partnerów i mimo to kontynuują swoją podróż po ścieżce zwanej życiem.

9) Kompleks Boga, czyli niech ktoś spopieli Carlisle'a

Kto jest Waszym najbardziej znienawidzonym bohaterem sagi? Gdybym zadała tego rodzaju pytanie, zapewne największa ilość głosów przypadłaby na któreś z głównych gołąbeczków; sporą ilość punktów mógłby też otrzymać niewolnik po transformacji czy Nabuchodonozor. Cóż, jakkolwiek każda z tych postaci wywołuje moją szczerą niechęć, pierwsze miejsce na podium mam już od dawna zaklepane.
Carlisle Cullen – wąpierz, który lekką ręką skazał na los potwora cztery osoby i nigdy nie odczuł z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. Depresja Edwarda związana z jego religijnymi wierzeniami i wynikającemu z nich przekonaniu, że utracił duszę i zostanie skazany na wieczne potępienie; nigdy nie zaleczony (i nigdy nie mający w pełni się zagoić – meyepiry są zamrożone pod względem psychologicznym w miejscu, w którym zakończyły ludzki żywot) ból Esme związany ze stratą dziecka, który doprowadził ją do samobójstwa oraz konieczność wiecznego egzystowania jako bezpłodna istota; nienawiść Rosalie do swego gatunku oraz fakt, że została przemieniona (będąc ofiarą zbiorowego gwałtu) wyłącznie w celu uczynienia z niej partnerki dla McSparkle'a i jej olbrzymia tęsknota za macierzyństwem – Carlisle NIGDY nie wyraża choćby cienia żalu z powodu któregokolwiek z tych zjawisk. Ostatecznie, skoro ON wierzy, że coś jest dobre i prawe, to nie ma podstaw do roztrząsania danego zagadnienia. Wątpliwości religijne? Ech, Edziu, daj spokój, wszak istnieje szansa (fifty-fifty to wciąż więcej niż zero, czyż nie?) że nadal masz duszę! Esme, nie chciałaś dalej żyć bez możliwości posiadania potomka? Och, nie smuć się, skarbie, zawsze możesz matkować Jasperowi, jest przecież młodszy od ciebie o całe cztery lata. Rosalie, oddałabyś wszystko, by znowu być człowiekiem? Cóż...spójrz tylko, jaka jesteś śliczna! Emmett...słuchaj, stary, jest taka sprawa, moja przybrana córka strasznie się na mnie dąsa za tę transformację i w ramach przeprosin żąda, żebym tym razem przemienił ciebie – nie będziesz miał nic przeciwko, prawda?
Aha, jeszcze jedno – Carlisle, to, że nie jesz ludzi nieco traci na znaczeniu wobec faktu, że przez dwadzieścia lat mieszkałeś i przyjaźniłeś się z mordercami, którzy regularnie testowali twą silną wolę i z chęcią gościłeś u siebie bandę wampirów, która mordowała na obiad mieszkańców okolicznych miast.

10) Ludzkość ssie

Zmierzch” jest zły pod wieloma różnymi względami; to truizm, ale truizm, o którym muszę wspomnieć, aby podkreślić z całą mocą, że pomimo olbrzymiej ilości debilizmów, które składają się na sagę jestem w stanie bez problemu wskazać, który z motywów obecnych w twórczości Meyer sprawia, że zaczynam czuć do owych dzieł czystą, wszechogarniającą nienawiść.

I am anti-human. I wrote this story from the perspective of a female human because that came most naturally, as you might imagine. But if the narrator had been a male human, it would not have changed the events. When a human being is totally surrounded by creatures with supernatural strength, speed, senses, and various other uncanny powers, he or she is not going to be able to hold his or her own. Sorry. That's just the way it is.

The Story Behind the Writing of New Moon


Otwórzcie którykolwiek z tomów sagi i poszukajcie jakiegoś fragmentu, w którym Bella opisuje siebie jako istotę ludzką, a następnie wypiszcie określenia, jakie towarzyszą owym opisom. Jeżeli nie macie ochoty, podpowiem Wam – padają tam, m.in., następujące słowa: „nikt specjalny”, „marne ludzkie zmysły”, czy też „słaby, żałosny człowiek”. Bycie homo sapiens to dla panny Swan (a więc i autorki) nawet nie niedogodność – to wada, wstydliwe schorzenie, którego należy się jak najszybciej pozbyć, aby stać się idealnym i błyszczeć (w każdym znaczeniu tego słowa). Wampiryzm – kondycja, która z założenia polega na mordowaniu żywych, czujących istot w ramach zapewnienia sobie substancji niezbędnej do przeżycia – jest dla naszej bohaterki niemalże ekwiwalentem boskości. Fizyczne piękno, wytrzymałość i nieśmiertelność znajdują się w jej hierarchii wartości znacznie wyżej niż rodzina, przyjaciele, możliwość doświadczenia tysiąca niezwykłych chwil związanych z dojrzewaniem i odkrywaniem coraz to nowych aspektów życia.

Istnieje pewien serial o nazwie „Supernatural”. Mam szczerą nadzieję, iż kiedyś – przez czysty przypadek – Stefa natrafi na niego przerzucając kanały w TV. Nie, nie sądzę, by na wiele się to zdało (znając Stefcię, zaczęłaby zapewne kibicować Lucyferowi, który został wszak stworzony jako najpotężniejszy z archaniołów), ale być może przeżyłaby lekki wstrząs widząc, że jedna z najpopularniejszych serii w telewizji traktuje o sile, jaka drzemie w ludziach i o wartości człowieczeństwa, ze wszystkimi jego wadami i niedoskonałościami. Może zdałaby sobie sprawę, że wypisując tego rodzaju banialuki nie tylko pluje na własną religię (zgodnie z której doktryną ludzie są najukochańszymi ze stworzeń Bożych), ale w dodatku na własny gatunek, do którego zalicza się także i jej rodzina. Może – może – uświadomiłaby sobie nawet, iż to, co decyduje o sile i wartości danej jednostki, sięga daleko poza strefę stricte fizyczną.
Jestem człowiekiem i nie przehandlowałabym tego za żadne nadnaturalne umiejętności czy błyszczącą facjatę. Ale nie płacz, Stefciu – idź poszukać najbliższego rozdroża, a nuż ktoś zaproponuje ci korzystną transakcję...




I to już wszystko, moi kochani. Wszystko...jeśli chodzi o tę sagę. Czas na drugą z niespodzianek.
Nie zostawiamy Was bowiem bez lektury na kolejne niedziele; od przyszłego tygodnia spotykamy się pod nowym adresem. Oto przed Wami:



Dziękujemy Wam z całego serca za wszystkie komentarze oraz śledzenie naszych dotychczasowych wypocin i zapraszamy do dalszej zabawy!


Maryboo