Beige i Maryboo analizują pierwsze z dzieł pani Meyer

poniedziałek, 25 lutego 2013

Rozdział IV: Zaproszenia

Jesteśmy na etapie snu Belki. Ogarnia ją ciemność, rozjaśniona tylko przepięknym Edzisławem. Zapowiedź sparklenia czy co? Edek odchodzi od Belki (mądra strategia), a ta głupia małpa leci za nim, ale nie może go doścignąć. Podobne sny nawiedzają nasza hirołinę co noc.

Belcia wraca do szkoły po wypadku i od razu narzeka. Tyler łazi za Swanówną cały czas, dołączając do powoli rosnącego klubu Facetów W Niewyjaśniony Sposób Zakochanych W Belce. Nikt za bardzo nie wierzy Bellissimie, gdy ta opowiada, jak to Edzisław własną klatą osłonił ja przed naszym przyjacielem, vanem Tylera.

Zastanawiałam się, dlaczego nikt nie zauważył, że chłopak stał te kilka aut dalej i nie miał szans dobiec do mnie w porę. W końcu doszłam do wniosku, że powód może być prosty - po prostu nikt prócz mnie nie śledził bez przerwy Cullena wzrokiem, nie przejmował się, czy jest w pobliżu. Byłam doprawdy żałosna.

Doprawdy, zgadzam się z tobą, słonko. Edek olewa Belkę, co jej się zdecydowanie nie podoba. Oczywiście nie przeszkadza jej to gapić się na niego prawie cały czas. Dzięki temu zauważa, że oczy Cullena ciemnieją każdego dnia.
Czas ten stara się wykorzystać Mike, który próbuje zarwać Belkę, myśląc, że w Edziku nie ma już konkurencji.

Jakby nie było wystarczająco nudno (+10 nuda), teraz dostajemy opis czegoś, czego nie znoszę straszliwie, a mianowicie teenage drama. Zbliża się bal z okazji rozpoczęcia wiosny, na który to dziewczyny proszą chłopców. Jessica pyta Belkę, czy ta się nie obrazi, jeśli Jess zaprosi Mike’a na bal. Panna Swan jest zdecydowaną zwolenniczką takiego rozwiązania, mając nadzieję, że dzięki temu pozbędzie się przynajmniej jednego z 5 tuzinów adoratorów. Nic z tego jednak nie wychodzi, bo Jessica dostaje kosza. Jakież to wszystko fascynujące. (+50 nuda) Czy ta opowieść nie ma przypadkiem jakichś wampirów? Boru, niech ktoś kogoś wreszcie zeżre.

Mike próbuje swego szczęścia z Belką.


- Wiesz - zaczął Mike, wpatrując się w podłogę - Jessica zaprosiła mnie na tę imprezę za dwa tygodnie.
- Świetnie - odparłam, niby to wielce ucieszona. - Na pewno będziecie się dobrze bawić.
Zasępił się.
- Widzisz... - nic wiedział, jak mi to powiedzieć. - Poprosiłem ją o trochę czasu do namysłu.
- A to, dlaczego? - udałam dezaprobatę, choć w głębi ducha ucieszyłam się, że nie postąpił brutalniej.
Znów wbił wzrok w podłogę i się zarumienił. Żal zmiękczył mi serce. Może go jednak zaprosić?
- Myślałem, że może, no wiesz, może, może ty chciałaś...
Przez chwilę dałam się ponieść wyrzutom sumienia, ale kątem oka zauważyłam, że Edward przechylił głowę, jakby czekał na moją odpowiedź.
- Mike, sądzę, że powinieneś przyjąć tamto zaproszenie.
- Już z kimś idziesz? - Czy Edward dostrzegł, że Mike zerknął z niepokojem w jego stronę?
- Nie, skąd. Nawet się nie wybieram.
- Czemu nie? - chciał wiedzieć Mike.
Nie miałam ochoty przyznać, że tańcząc, stanowię zagrożenie dla siebie i innych, więc szybko wpadłam na pewien pomysł.
- Jadę w ten dzień do Seattle - wyjaśniłam. Już od dawna chciałam się stąd wyrwać, a teraz zyskałam dobry pretekst.
- Nie możesz pojechać, kiedy indziej?
- Niestety nie - powiedziałam. - Nie trzymaj Jess dłużej w niepewności, nie wypada.
Tak, masz rację - wymamrotał i odrzucony powlókł się na swoje miejsce. Zacisnęłam powieki i przytknęłam palce do skroni starając się wyprzeć współczucie i wyrzuty sumienia.

Wybacz, Belciu, ale nie posądzałam cię o takie emocje.

Edward przyglądał mi się uważnie, a w jego czarnych oczach malowało się jeszcze większe zmartwienie niż kiedyś.
Zaskoczona nie odwróciłam wzroku, przekonana, że zaraz sam to zrobi. Patrzył jednak dalej, zaglądał w zakamarki duszy, hipnotyzował. Nie mogłam się ruszyć. Zaczęty mi drżeć dłonie.
- Cullen? - To nauczyciel prosił go o udzielenie odpowiedzi na jakieś pytanie, którego nawet nie usłyszałam.
- Cykl Krebsa - rzucił Edward, niechętnie, jak mi się zdawało, przenosząc wzrok na pana Bannera.
Uwolniona z pęt jego magnetycznego spojrzenia, natychmiast zajrzałam do podręcznika, chcąc znaleźć odpowiedni fragment. Tchórzliwa jak zawsze, zgarnęłam włosy na prawe ramię, żeby przesłonić twarz. Nie mogłam uwierzyć, że był w stanie aż tak wyprowadzić mnie z równowagi - tylko, dlatego, że spojrzał na mnie po raz pierwszy od sześciu tygodni. Nie mogłam pozwolić na to, by miał nade mną tak wielką władzę. Było to żałosne, więcej, było to niezdrowe.

Oho, moi drodzy, jak to mówią: tip of the iceberg. Niezdrowo to się dopiero zrobi. To jest tylko delikatne preludium.

Po zakończeniu lekcji Edek odzywa się do Swanówny. Mamy tu do czynienia z wyświechtaną śpiewką, pt. „Trzymaj się ode mnie z daleka z powodów, o których ci nie powiem”. Zieeew. Jak się przekonamy, Edzio będzie opowiadał Łabędziątku takie banialuki, cały czas się niedaleko niej kręcąc. To się dopiero nazywa mixed fucking message!
Belka jest wściekła na naszego Adonisa. Nacieszmy się tym, bo już niedługo będziemy musieli czytać tylko i wyłącznie zachwyty nad tym bucem.

- Lepiej będzie, jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą bliższych kontaktów - wyjaśnił. - Zaufaj mi.
Skrzywiłam się. Stara śpiewka.
- Szkoda tylko, że dopiero teraz na to wpadłeś - wycedziłam. - Nie miałbyś przynajmniej, czego żałować.
- Co takiego? - Wzmianką o żalu i zjadliwym tonem najwyraźniej zbiłam go z pantałyku. - Czego żałować?
- Ze cię poniosło i wypchnąłeś mnie spod kół samochodu.
Moje przypuszczenie go zaszokowało. Patrzył na mnie z nie dowierzaniem.
Gdy w końcu się odezwał, słychać było, że traci cierpliwość.
- Myślisz, że żałuję uratowania ci życia? - Ba, jestem o tym przekonana.
- Wydajesz osąd w sprawie, o której nie masz najmniejszego pojęcia - stwierdził wściekły.
Odwróciłam gwałtownie głowę, z trudem powstrzymując przed wykrzyczeniem mu w twarz wszystkich oskarżeń, jakie miałam w zanadrzu. Zebrałam z blatu swoje rzeczy, zerwałam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Zamierzałam wyjść z gracją godną tej dramatycznej sceny, ale oczywiście zaczepiłam butem o framugę i książki rozsypały mi się po podłodze. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ich tam nie zostawić. W końcu westchnęłam i zabrałam się do zbierania, ale nim zdążyłam się schylić, Edward mnie wyręczył. W jego oczach nie było widać jednak cienia sympatii.
- Dziękuję - powiedziałam chłodno. Spojrzał na mnie z niechęcią.
- Nie ma, za co.
Ponownie odwróciłam się do niego plecami i odeszłam szybko do sali gimnastycznej, nic oglądając się za siebie.

Ojej, jaka z tej Belki słodka niezdara. No tak, jak się nie ma serca świadomie obdarzyć swej bohaterki wadami (pomijam bitchyzm i nieznośność, bo to raczej nie było planowane), daje się takie „wady” jak niezdarność, bo to jest cute. Żeby chociaż Belka był taka cały czas, a nie tylko wtedy, kiedy Stefce się przypomni. Ale kto by się tam przejmował konsekwencją.

Lekcje dobiegają końca, Belka udaje się więc do samochodu. Tam czeka już na nią Eric. Zgadnijcie, w jakim celu. Dam Wam 3 podpowiedzi.

a) Eric chce zaprosić Belkę na bal,
b) Eric chce zaprosić Belkę na bal,
c) Eric chce zaprosić Belkę na bal.

Tak, zgadliście! (+50 Mary Sue) Eric chce zaprosić Belkę na bal, mimo iż to dziewczyny wybierają partnerów. Ms Swan używa tej samej wymówki, co wcześniej i spławia chłopaka.

Belcia chce wyjechać z parkingu, ale przejazd zagradza jej nikt inny, jak tylko Pan Buc.

Zmuszając silnik do wycia, wycofałam gwałtownie i byłam już gotowa ruszyć w stronę szosy, gdy na drodze stanął mi samochód Cullena, który także dopiero, co opuścił parking. Jego kierowca wyłączył silnik i najwyraźniej zamierzał poczekać na rodzeństwo - widziałam, jak się zbliżają, ale byli jeszcze daleko. Miałam ochotę staranować tył jego lśniącego volvo, ale doszłam do wniosku, że jest za dużo świadków. Zerknęłam w lusterko. Zaczynała formować się kolejka - Tuż za mną, w kupionej niedawno używanej Sentrze, siedział Tyler Crowley. Pomachał mi przyjaźnie, ale byłam zbyt zdenerwowana, by bawić się w uprzejmości. Wbiłam wzrok w jakiś kąt, byle tylko nie widzieć obu chłopaków.
Nagle ktoś zapukał w szybę po mojej lewej stronic. Był to Tyler - Zdziwiona sprawdziłam w lusterku, że słuch mnie nie myli - nie wyłączył nawet silnika, a drzwiczki zostawił otwarte na oścież.
Chwyciłam korbkę i z wielkim trudem otworzyłam okno tylko do połowy.

Tylko mi nie mówcie, że… Nie, to są jakieś jaja.


- Przepraszam. to Cullen mnie blokuje. - Zirytowałam się jeszcze bardziej, bo chyba każdy widział, że korek nie powstał z mojej winy.
- Ach to. Wiem, jasne. Chciałem cię tylko o coś zapytać przy okazji. - Uśmiechnął się promiennie.
Tylko nie to, pomyślałam.
- Zaprosiłabyś mnie na ten bal wiosenny?

OF COURSE!

(+100 Mary Sue) Czy Stefka była tak strasznie niepopularna w szkole, że teraz musi sobie nadrabiać, robiąc ze swojego self-inserta najbardziej rozchwytywaną laskę w całych Widelcach?

Znowu gadka o Seattle, Tyler się zmywa. To jest naprawdę nudne (+30 nuda).

Sprawdziłam sytuację na drodze. Alice, Rosalie, Emmett i Jasper sadowili się właśnie w volvo. W lusterku ich wozu dostrzegłam oczy Edwarda. Nie było najmniejszych wątpliwości, że chłopak trzęsie się ze śmiechu, jakby doszło jego uszu każde słowo Tylera. Moja oparta o pedał gazu stopa zadrżała niecierpliwie. Jedno małe wgniecenie nikomu by nie zaszkodziło, a lakier volvo świecił tak kusząco... Wcisnęłam pedał.
Niestety, cala piątka zdążyła już wsiąść i Edward ruszył w tym samym momencie.

Szkoda. Oczywiście dla Eda (+100 asshole). Patrząc z perspektywy całej serii, to już na samym początku zapowiadała się cudnie dobrana para. Bitch + asshole = true loff. Gdyby to była jakaś parodia nastoletnich romansów, to byłoby arcydzieło. Tylko że Stefa pisała to wszystko na poważnie.


Na obiad postanowiłam przyrządzić tortille nadziewane kurczakiem. Miałam nadzieję, że skupiona nad tym pracochłonnym daniem będę w stanie odegnać uporczywe myśli.

Gary lekarstwem na smutki wszelakie. Belka + kuchnia to jak Charlie + mecz. It runs in the family.

W międzyczasie dzwoni Jessica, żeby poinformować, że Mike z desperacji zgodził się z nią pójść podylać na bal. Belka proponuje, żeby Jess przekonała pozostałe dwie koleżanki, Angelę i Lauren, aby zaprosiły Erica i Tylera, dzięki czemu będzie miała nie-Adonisów wreszcie z głowy. Jessica się zgadza.

Po rozmowie z koleżanką Belka wraca do gotowania i rozmyślania o Edku.

Dlaczego uważał, że nie powinniśmy zostać przyjaciółmi?
Nagle zrozumiałam i poczułam się jak zupełna idiotka. Tak, to musiało być to. Zauważył, jak na niego reaguję, jak śledzę go wzrokiem. Tu nie chodziło o przyjaźń, więc, po co miałby mnie nią łudzić. Po co dawać mi nadzieję? Nic byłam w jego typie, nie miałam szans.
Przecież to oczywiste, że nie mam u niego szans, pomyślałam, ganiąc się za naiwność. Oczy mnie piekły, ale to, dlatego, że parę minut wcześniej kroiłam cebulę. To on z nas dwojga był chodzącym ideałem, prawda? Co za facet! Intrygujący, błyskotliwy, przystojny, tajemniczy... A do tego najprawdopodobniej potrafił podnosić auta jedną ręką.

Rzyg. Chodzący ideał, jasne. Natomiast nie dziwię się, że Belka tak pomyślała o motywach Eda. W końcu dziewucha nie jest subtelna, więc Cullen dawno się domyślił, że Swanówna leci na niego, aż się kurzy. A skoro się facet nie pali do zrobienia jakiegoś kroku, to pewnie nie jest zainteresowany. Ale w końcu mówimy o opkopodobym tworze, a nie o prawdziwym życiu, więc to nie może być prawda.
Belka postanawia być silna i nie ma zamiaru pociąć się bułką tartą z rozpaczy, że Ed jej nie chce.

Charlie wraca. W czasie obiadu Belcia oznajmia ojcu, że jedzie do Seattle. Nie, nie pyta. Oznajmia, mitygując się w ostatniej chwili.

- W przyszłą sobotę chcę wybrać się na cały dzień do Seattle. To jest, jeśli nie masz nic przeciwko. - Zamierzałam nie prosić o pozwolenie, żeby nie ustanawiać niewygodnego precedensu, ale w końcu wyrzuciłam to z siebie, żeby ojciec nie poczuł się obrażony.

(+15 zła córka), (+5 bitch)


- Wydasz majątek na benzynę - zauważył Charlie, jakby czytał mi w myślach.
- Wiem. Będę musiała zatrzymać się w Montesano i w Olympii, może jeszcze w Tacomie, jeśli będzie trzeba.
- I pojedziesz tak zupełnie sama? - Nie wiedziałam, czy boi się, że auto mi padnie, czy że ukrywam przed nim, że mam chłopaka.
- Zupełnie sama.
- Seattle to wielkie miasto - postraszył mnie. - Tato Phoenix jest pięć razy większe, no i przecież wezmę plan. Poradzę sobie.
- Mam pojechać z tobą?
Wzdrygnęłam się w duchu na samą myśl o tym, ale nie dałam nic po sobie poznać. Postanowiłam użyć starego babskiego chwytu.
- Czy ja wiem, cały dzień spędzę pewnie w przymierzalniach...
- No dobra, niech ci będzie - uciął szybko. Nawet kwadrans w sklepie z odzieżą damską byłby dla niego udręką.

I to cię, Charlie, przekonało, żeby puścić córkę samą do nieznanego jej, oddalonego od Widelców miasta. Wow. (+50 zły ojciec)

- Zdążysz na bal?
Dobry Boże, ojciec też o nim wiedział. W tej mieścinie było to chyba wydarzenie roku.
- Nie idę, nie... nie lubię tańczyć. - Miałam nadzieję, że kto, jak kto, ale on zrozumie prawdziwy powód. W końcu nie odziedziczyłam problemów z koordynacją ruchową po mamie.

I ten nieskoordynowany człowiek został policjantem, a co więcej szefem policji? No wiecie, broń, te sprawy…

Następnego dnia pod szkołą zaparkowałam jak najdalej od srebrnego Volvo. Wolałam się nie wystawić na pokuszenie, a i nie stać by mnie było na pokrycie ewentualnych szkód. Wysiadając z auta, upuściłam niechcący kluczyki prosto w kałużę. Schyliłam się, żeby je podnieść, ale ktoś błyskawicznie sprzątnął mi je sprzed nosa - mignęła mi tylko blada dłoń. Wyprostowałam się szybko, zaskoczona. Tuż obok mnie stał Edward Cullen, oparty nonszalancko obok mojej furgonetki.
- Jak u licha to zrobiłeś? - spytałam zdumiona i poirytowana zarazem.
- Co takiego? - Upuścił kluczki na moja wyciągniętą dłoń.
- Zmaterializowałeś się, czy co? Przed sekundą cię tu jeszcze nie było.
- Bello, to doprawdy nie moja wina, że jesteś nadzwyczaj mało spostrzegawcza. - Głos miał jak zwykle cichy, aksamitny, przytłumiony.

Oczywiście, że to nie jej wina, że jesteś nieodrodnym synem Stirlitza. Przecież Edek zachowuje się jak jakiś seryny morderca, który zostawia wszędzie wskazówki, bo chce zostać złapany.

- A może wyjaśniłbyś mi, po co wczoraj blokowałeś wyjazd z parkingu? - zażądałam, nadal wpatrując się w ziemię. - Myślałam, że masz zamiar udawać, że nie istnieję, a nie doprowadzać mnie do szału.
- Nie chodziło o ciebie, tylko o Tylera - zaszydził. - Mam dobre serce. I chłopczyna mądrze skorzystał z okazji.

WHAT A DICK! (+100 asshole) Oczywiście Bucmaster jest uhahany jak norka.

- Nie udaję też wcale, że nie istniejesz - dodał.
- A więc masz zamiar doprowadzać mnie do szału, tak? Aż w końcu szlag mnie trafi? No cóż, jakoś trzeba się mnie pozbyć, skoro vanowi Tylera się nie udało.

Jak już jesteśmy przy tym cudnym autku, pożegnajmy je minutą słuchania death metalu, albowiem wcześniej w rozdziale dowiadujemy się, że…

Niemal dobiegłam do furgonetki - w szkole roiło się od ludzi, których wolałam unikać. Moje auto wyszło z wypadku prawie bez szwanku - musiałam tylko wymienić tylne światła, lakier i tak wszędzie odłaził. Tymczasem rodzice Tylera sprzedali swój wóz na części.



- Czekaj! - zawołał. Szłam dalej, gniewnie rozbryzgując wodę w mijanych kałużach, ale zaraz mnie dogonił.
- Przepraszam, zachowałem się niegrzecznie - powiedział.
Puściłam tę uwagę mimo uszu. - Nie mówię, że odwołuję to, co powiedziałem - ciągnął - ale niemniej było to niegrzeczne.
- Dlaczego się ode mnie nie odczepisz? - rzuciłam opryskliwie.
- Chciałem cię o coś spytać, ale nie dałaś mi dojść do głosu - zaśmiał się. Najwyraźniej szybko wrócił mu dobry humor.
- Masz rozdwojenie jaźni, czy co? - skomentowałam.

Wiecie co, trafna uwaga. Wszystko wskazuje na to, że Ed jest co najmniej mocno rozchwiany emocjonalnie albo wręcz cierpi na osobowość mnogą z rodzaju Dr Jekyll and Mr Jackass.

Bucmaster proponuje Belce, że zabierze ją do Seattle w ramach tego, żeby trzymała się od niego z daleka.

- Wiesz, co, Edward... - Gdy wymawiałam jego imię, przeszył mnie dreszcz, i bardzo mi się to nie spodobało. - Naprawdę nie nadążam za tobą. Jeszcze nie tak dawno twierdziłeś, że nie chcesz się ze mną kolegować.
- Powiedziałem, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą bliższych kontaktów, a nie, że nie chcę ich utrzymywać.

Mam na to jedno słowo:



- Byłoby... roztropniej, gdybyśmy nie zostali przyjaciółmi - wyjaśnił. - Ale mam już dość zmuszania się do ignorowania ciebie, Bello.

Ten schemat jest naprawdę irytujący. Stay away.. No, come back! No, leave…

Przy tym ostatnim zdaniu w jego oczach pojawiło się jakieś silne, nienazwane uczucie. Niski głos amanta pieścił uszy. Zapomniałam, jak się nazywam.



- Pojedziesz ze mną do Seattle? - spytał takim tonem, jakby chodziło o oświadczyny.
Mowę mi odjęło, więc skinęłam tylko głową. Po jego twarzy przemknął uśmiech, ale szybko przybrał poważną minę.
- Co nie zmienia faktu, że naprawdę powinnaś się trzymać ode mnie z daleka - ostrzegł. - Do zobaczenia na biologii.

Nie skomentuję, albowiem musiałabym kląć długo a soczyście.

Tyle na dziś.

(+5 bitch)
(+15 zła córka)
(+50 zły ojciec)
(+150 Mary Sue)
(+200 asshole)
(+90 nuda)
Trzymajcie się
Beige

niedziela, 24 lutego 2013

Opóźnienie

Ludziska! Tak zwane prawdziwe życie mnie dopadło. Przerażające, wiem. Z tego powodu będzie mały poślizg z analizą czwartego rozdziału. Według moich wyliczeń (logarytmy, całki i inne cholerstwa) analiza ukaże się w poniedziałek wieczorem.

Buziaki

Beige 

niedziela, 17 lutego 2013

Rozdział III: Niesamowite zdarzenie

Meyer, przestań. Jedyną niesamowitą rzeczą dotyczącą stworzonego przez ciebie uniwersum jest fakt, iż twój mokry sen sprzedał się na całym świecie w milionowym nakładzie.

...Ha, może jednak powinnam przeprosić. Odcinek faktycznie rozpoczyna się dosyć tajemniczo:

Kiedy następnego ranka otworzyłam oczy, coś mi się nie zgadzało.
Było jakoś jaśniej.
Sypialnię nadal wypełniało szarozielone światło właściwe pochmurnemu dniu w środku lasu, ale zdecydowanie jaskrawsze. W dodatku zdałam sobie sprawę, że na zewnątrz nie zalega mgła.

Czyżby kosmici? A może to sam Anioł Stróż zstąpił z Nieba, by czuwać na parapecie naszej...Ekhm, wiecie co, lepiej nie idźmy w tym kierunku.

Rzuciłam się do okna i jęknęłam zdegustowana.
Zarówno podjazd, jak i drogę pokrywała cienka warstwa śniegu.

No dajcie spokój. To wszystko? Zgłaszam protest – dziewczyna robi się strasznie monotematyczna, a to dopiero trzeci rozdział. Bello, przywołuję cię do porządku – jak do tej pory narzekałaś tylko na Warda (oj, zwiędnie ci język za te wszystkie bluźnierstwa pod adresem naszego Adonisa!), Mike'a, swojego ojca, swoją matkę, sąsiada-kalekę, deszcz, Forks, nową szkołę, nauczyciela od trygonometrii, nauczyciela z łysiną, lekcje wuefu, konieczność korzystania z wspólnej łazienki, prowincjonalne maniery nowych kolegów ze szkoły, swój wygląd, brak przyjaciół, nadmierne zainteresowanie bliźnich, powtarzające się lektury szkolne i wyżej wspomniany śnieg. Skarbie, ja mam tu normę do wyrobienia, proszę mi natychmiast dostarczyć jakichś nowych powodów do płaczu!

Angst: + 5

Kiedy zeszłam na dół, Charlie zdążył już pojechać do pracy. Mieszkając z nim, czułam się poniekąd tak, jakbym była dorosła i miała własny dom. Nie było mi z tym źle – rozkoszowałam się samotnością.

I tu nasuwa się pytanie – po diabła Belka w ogóle przyjechała do Forks?

Nie mogę nigdzie znaleźć kalendarium „Zmierzchu”, będę musiała więc zabawić się w detektywa. Na początku Nju Muna panna Swan świętuje swoje osiemnaste urodziny, które wypadają trzynastego września. Zaledwie kilka godzin przed niefortunną imprezą wspomina, że są z Edwardem parą od pół roku, co oznacza, iż do Waszyngtonu przybyła w marcu - a więc najwyraźniej na drugi trymestr nauki, co potwierdza też plan zajęć znaleziony przeze mnie na oficjalnej stronie Quillayute Valley School District. Innymi słowy – do osiągnięcia pełnoletności brakuje jej sześciu miesięcy.

Dlaczego więc Renee po prostu nie zostawiła swojej latorośli w Arizonie?

Owszem, z prawnego punktu widzenia takie działanie jest nielegalne, ale w każdym ogólniaku można bez trudu znaleźć nastolatków, którzy radzą sobie sami, bo ich rodzice pracują za granicą bądź podlegają hospitalizacji – w mojej licealnej klasie były co najmniej dwa takie przypadki. Bella , przy całej swojej głupocie, nie jest mimo wszystko nieodpowiedzialna (zmieni się to dopiero po nawiązaniu bliższej znajomości z McSparklem) – dba o dom, dobrze się uczy, nie imprezuje nocami i nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek ze szkoły lub otoczenia miał powód, by zażądać spotkania z rodzicem. Spokojnie mogłaby więc przeczekać okres który pozostał jej do wejścia w dorosłość w ukochanym domu, z dala od deszczu i innych okropieństw czyhających na nią na północy kraju.

Głupota: + 30

Czemu zatem Belcia decydowała się zamieszkać z ojcem (pomijamy oczywistą odpowiedź, jaką jest Imperatyw Narracyjny nakazujący każdej Mary Sue spotkanie swego lubego w możliwie mrocznym i tajemniczym miejscu)? Odpowiedź jest prosta – ta dziewczyna cierpi na klasyczny kompleks męczennika. Za Wikipedią:

In psychology, a person who has a martyr complex, sometimes associated with the term victim complex, desires the feeling of being a martyr for his/her own sake, seeking out suffering or persecution because it feeds a psychological need.

Bella uwielbia ustawiać się w pozycji ofiary i czuć, że jest najwspanialszą i najbardziej altruistyczną osobą pod słońcem. Nieustannie podkreśla, jak niesamowicie poświecą się dla dobra swej matki i jak wiele jest w stanie znieść (TEN ŚNIEG!!!), byle tylko pani Dwyer mogła cieszyć się swoim nowym związkiem; a im więcej osób przy okazji docenia jej bezinteresowność (vide Edward w poprzednim rozdziale), tym lepiej.

Problem w tym, że tego rodzaju działanie z bezinteresownością nie ma nic wspólnego. Ktoś, kto naprawdę chce uszczęśliwić swoich bliskich nie robi ze swych wyrzeczeń wielkiej sprawy, przeciwnie, uważa je za coś oczywistego i naturalnego. Belka swym zachowaniem nie tylko udowadnia, iż jest klasycznym przykładem zjawiska, które Anglicy zwykli określać mianem 'attention whore' – machając wszystkim przed nosem swoim wyimaginowanym cierpieniem jak flagą – ale w dodatku obraża Charliego, który ze wszystkich sił stara się uczynić jej nowe miejsce zamieszkania prawdziwym domem i rani Renee, która z całą pewnością nie chce, by córka męczyła się w imię jej wygody. Ba – Renee przez wszystkie tomy serii daje jasno do zrozumienia, że CHCIAŁABY mieć swoje dziecko obok siebie.

Reasumując – Bello? Użalanie się nad swoim ciężkim losem, który sprowadziłaś sobie na głowę na własne życzenie i wbrew woli tych, dla których się „poświęcasz” naprawdę mnie nie wzrusza.

Ego: + 40
Bitch: + 20

Zjadłam szybko miskę płatków i wypiłam trochę soku pomarańczowego. Byłam podekscytowana i nieco mnie to przerażało. Wiedziałam, co jest grane. Nie było mi spieszno ani chłonąć wiedzę, ani gwarzyć z nowymi znajomymi. Jeśli chciałam być wobec siebie szczera, musiałam przyznać, że cieszę się strasznie na myśl o kolejnym dniu w szkole, ponieważ nie mogę się doczekać ponownego spotkania z Edwardem Cullenem.

Wiecie co? To jest nawet dosyć zabawne. Stefa tak się pali, aby wreszcie móc skupić się na tym, co ją naprawdę interesuje – topornych miłosnych wyznaniach rodem z harlequina – że nawet nie zauważa, iż stara się wprowadzić napięcie seksualne między dwoma osobami, które na tym etapie powinny być sobie całkowicie obojętne, jeśli wręcz nie wrogo do siebie nastawione. Oto, jak do tej pory wyglądała relacja naszej heroiny z Cullenem:

  • McSparkle wpatruje się w nią z żądzą mordu w oczach przez całą lekcję biologii
  • McSparkle próbuje zmienić grupę (przy okazji ponownie obdarzając ją spojrzeniem pełnym nienawiści)
  • uśmiechnięty McSparkle wita ją jak gdyby nigdy nic na kolejnej lekcji, co jest ewidentnym dowodem na to, że cierpi na mniej lub bardziej poważne zburzenia psychiczne
  • McSparkle wypytuje ją o to, czemu przyjechała do Forks i zabawia się w domorosłego psychologa
  • McSparkle wmawia jej, iż jego oczy są takie same jak dzień wcześniej, co jest dosyć marnym kłamstwem (ponawiam pytanie Beige) – jak można nie zauważyć różnicy między 
    tym:



    i tym:


    ? 
Czy ktokolwiek z Was widzi tu jakąkolwiek podstawę do narodzin wielkiego, epickiego romansu? Oczywiście, że nie – bo jej nie ma. Belka zainteresowała się Edziem wyłącznie z powodu jego urody, co samo w sobie nie jest nawet takie zaskakujące – problem w tym, że ten facet nie wykazuje póki co ŻADNYCH innych cech, które kwalifikowałby go jako ewentualnego kandydata na partnera (spoiler – to nie zmieni się przez całą serię, a wręcz przeciwnie; z każdym kolejnym rozdziałem będziemy zalewani coraz to nowymi dowodami na to, że Edek nie powinien nigdy wchodzić w żaden związek, dla dobra wszystkich potencjalnych towarzyszek życia). I przykro mi to mówić Stefciu, ale relacja oparta jedynie na fizycznej fascynacji (ona) i chęci kontrolowania ukochanej (on) naprawdę nie zasługuje na miano miłości.

Głupota: + 30

No i czemu kłamał, że nie nosi kontaktów? To było podejrzane.

Może się wstydzi, że bez nich jest ślepy jak ten kret? A tak w ogóle, to zazdroszczę Ci problemów, Bello.

Nadal bałam się także wrogości, jaka czasem od niego biła, i traciłam rozum, gdy tylko przypominałam sobie, jak idealne ma rysy twarzy.

Z mejerowego na nasze: Wiem, że jest ostatnim chamem i całkiem prawdopodobne, że ma psychopatyczne skłonności, ale jakie to ma znaczenie w obliczu jego idealnego oblicza?

Głupota: + 100

Zdawałam sobie sprawę, że to facet z innej bajki – górował nade mną na każdym polu. Po co zawracać sobie głowę kimś takim?

*Teatralnym szeptem* Stefciu, ona jeszcze nie wie, że Cullen jest wybitny we wszystkim, do czego się dotknie – ten fragment to dopiero za kilka rozdziałów.


Bella jedzie do szkoły i rozmyśla nad powodem swojej popularności u płci przeciwnej:

Nigdy wcześniej nie miałam takiego powodzenia u chłopców, choć przecież od wyjazdu z  Phoenix nie zmieniłam się wcale fizycznie. Może po prostu moi starzy koledzy traktowali mnie wciąż jak niezgrabną małolatę, którą w końcu byłam przez parę dobrych lat? Może miejscowi faceci byli spragnieni nowości? Rzadko widywali nowe twarze. Wreszcie, może uważali moją niezdarność za coś uroczego i chcieli się mną po rycersku zaopiekować? Tak czy siak, nie wiedziałam za bardzo, co począć z moim golden retrieverem i jego rywalem. Chyba jednak wolałam, kiedy nie zwracano na mnie uwagi.

Primo: wciąż jesteś niezgrabna (przynajmniej na razie – mnie więcej w okolicach drugiego tomu owa cecha magicznie wyparuje z twojej charakterystyki).
Secundo: Jedynym powodem, dla którego nowa uczennica traktująca wszystkich potencjalnych kolegów jak irytujące przeszkadzajki zdobywa wszystkie męskie serca jest bycie alter ego autorki. Tak, Stefa, patrzę na ciebie.

Tertio: Przestań wreszcie obrażać Mike'a, do kroćset. Ten facet, niezależnie od tego w jak żałosnym świetle starasz się go odmalować, wciąż wyprzedza o lata świetlne McSparkle'a i Pedowolfa w kategorii najbardziej pociągającej postaci męskiej.

Mary Sue: + 10
Bitch: + 1

Mignęło mi coś srebrnego, podeszłam, więc do tylnych kół sprawdzić, co to. Przezornie cały czas trzymałam się wozu. Okazało się, że każda opona owinięta jest siatką cienkich łańcuchów, tworzących na czarnym tle mozaikę ze srebrnych rombów. Charlie musiał wstać Bóg wie jak wcześnie, żeby zamocować te zabezpieczenia. Wzruszenie chwyciło mnie za gardło. Nie byłam przyzwyczajona do tego, żeby ktoś się o mnie troszczył. Czuły gest taty zupełnie mnie zaskoczył. Może nie mówił za dużo, ale o mnie myślał.

Przypatrzcie się, kochani – mamy tu do czynienia z jakże rzadkim przypadkiem docenienia ojca, któremu jednak w ramach zachowania równowagi we wszechświecie towarzyszy zwyczajowe narzekanie na matkę. Meyer, jeżeli chcesz, żebym uwierzyła w to, iż Bella była zaniedbywana w dzieciństwie, TO DAJ MI COKOLWIEK NA POPARCIE TEJ TEZY. Jak do tej pory widzieliśmy Renee zapewniającą córkę, że na Florydzie zawsze znajdzie się dla niej miejsce i Renee zdenerwowaną faktem, że Belcia nie odpisuje na maile, ergo – nie daje znaku życia. Obie te czynności wskazują na to, że pani Dwyer stawia swoje dziecko na piedestale, więc gdzie ten brak troski? Naprawdę, Stefciu, nie wystarczy NAPISAĆ, że twoja heroina od dzieciństwa musiała być samodzielna – trzeba to jeszcze odpowiednio UKAZAĆ w samej powieści.

Lenistwo: + 10


Bella dojeżdża do szkoły, wysiada z furgonetki...I w tym momencie zaczyna się właściwa akcja. Powitajcie Cichego Bohatera, Tego, Który Chciał Skrócić Nasze Czytelnicze Męki i Poległ Na Polu Bitwy – oto przed Wami Van Tylera!

Choć nic nie ruszało się w zwolnionym tempie, jak to bywa w filmach, dostrzegłam wiele rzeczy naraz. Widocznie raptowny wyrzut adrenaliny polepszył moją zdolność postrzegania.
Cztery auta dalej stał Edward Cullen i wpatrywał się we mnie z przerażeniem w oczach. To jego twarz zapamiętałam najlepiej, choć ze strachu zamarli i pozostali uczniowie. Ale nie to było w tej scenie najważniejsze. Po oblodzonej powierzchni parkingu, wirując bezładnie, pędził granatowy van. Jego system kierowniczy odmówił posłuszeństwa, hamulce piszczały ostatkiem sił. Pędził wprost na mój samochód, a ja stałam mu na drodze. Nie zdążyłam nawet zamknąć oczu.

Auto, nie auto – tru loff zawsze musi zostać dostrzeżony!

Tuż przed tym, jak usłyszałam porażający zgrzyt vana, który wygiął się przy zderzeniu, niemal owijając wokół tyłu furgonetki, coś mnie uderzyło, mocno i nie z tego kierunku, z którego się spodziewałam. Walnęłam głową o lodowaty asfalt i poczułam, że przyciska mnie do ziemi coś dużego i chłodnego. Leżałam nieopodal beżowego auta, koło którego zaparkowałam, nie mogłam jednak się rozejrzeć, ponieważ, odbiwszy się od przeszkody, wygięty van nadal sunął rotacyjnym ruchem w moim kierunku. Lada chwila znów miałam szansę stać się jego ofiarą.


Momencik.

Jak wszyscy doskonale wiemy, owym „czymś” jest McSparkle we własnej błyszczącej osobie. Skoro zdołał dobiec do Belci w tak szybko z takiej odległości, to znaczy że użył swojej wampirzej prędkości – niech to będzie sto na godzinę. Ale Edzio nie złapał jej w pasie i nie odciągnął od niebezpieczeństwa – on rzucił ją na asfalt.

Powtórzmy to jeszcze raz. Cullen rzucił Belkę na asfalt z prędkością i siłą szybko pędzącego samochodu, wskutek czego ta uderzyła głową o betonową nawierzchnię parkingu.

Pomijam już fakt, że jest to dowód niedźwiedziej przysługi rodem z Nju Muna, kiedy to Edek ćwiczył swoją dziewczyną rzut oszczepem zamiast po prostu wziąć ją na ręce i szybko uciec z miejsca zdarzenia; po czymś takim Bella powinna stracić przytomność, jeżeli nie najzwyczajniej w świecie kopnąć w kalendarz. Na bora, gdzie są edytorzy tej szmiry???

Głupota: + 200
Asshole: + 100

Usłyszałam wymówione cicho przekleństwo i uświadomiłam sobie, że nie leżę sama. Tego głosu nie sposób było pomylić. Dwie obejmujące mnie od tyłu ręce rozluźniły uścisk i wyprostowały się, jakby ich właściciel miał nadzieję, że zdoła zatrzymać zbliżające się auto. Van zatrzymał się jakieś trzydzieści centymetrów od mojej twarzy, tak, że dłonie mojego towarzysza spoczywały teraz w głębokim wgnieceniu w boku pojazdu, które zrządzeniem losu miało pasujący do nich kształt.

Dzielne autko próbuje walczyć do samego końca:

I znów wszystko przyspieszyło. Jedna z dłoni znalazła się nagle celowo gdzieś pod wrakiem vana, a coś odciągnęło mnie raptownie do tyłu, szorując moimi nogami po asfalcie, jakby należały do szmacianej lalki, aż wreszcie uderzyły o oponę beżowego samochodu. W tym samym momencie van obrócił się odrobinę do akompaniamentu ogłuszającego szczęku blach i pękła jedna z jego szyb, pokrywając asfalt setkami odłamków. To właśnie w tym miejscu jeszcze przed sekundą znajdowały się moje nogi.

Przepraszam, może mi ktoś rozrysować ten fragment? Bo ja z tego opisu zrozumiałam tyle, że Wardo sięgnął pod vana, co sprawiło, że pękła jedna z szyb, której odłamki na szczęście nie drasnęły Belli, bo nóżki naszej heroiny zostały wcześniej przesunięte w bok przez magiczną siłę.

Tak oto zakończyła żywot jedna z najwspanialszych postaci w tej serii – uczcijmy jej starania gifem!




Uważaj – [Edward] ostrzegł mnie, widząc, że staram się podnieść. – Sądzę, że uderzyłaś się w głowę naprawdę mocno.

Uroczy eufemizm, panie Cullen. Szkoda, że zapomniał pan dodać, że nic podobnego by się nie stało, gdybyś najzwyczajniej w świecie złapał ją w pasie i uciekł w siną dal.

Au – syknęłam zaskoczona.
A nie mówiłem. – Zdawało mi się, że pomimo naszego położenia, musi hamować śmiech.

Asshole: + 300

Bella chce wiedzieć, jakim cudem McSparkle zdołał w pół sekundy przemieścić się przez pół parkingu; ten oczywiście wmawia jej, że stał tuż obok. Tymczasem wybucha wrzawa:

Tylko się nie ruszajcie – ktoś nam poradził.
Wyciągnijcie Tylera z auta! – krzyknął ktoś inny.

O, faktycznie, przecież w tamtym samochodzie też siedział jakiś człowiek – nie, żeby Belka (którą częściowo tłumaczy szok, jakiego z pewnością doznała) i Edek przejmowali się podobnymi szczegółami. Zwłaszcza ten drugi, po tym, jak niemal zgniótł biednego chłopaka razem z jego pojazdem, nie powinien zawracać sobie głowy.

Asshole: + 100

Dopiero sześciu sanitariuszy i dwóch nauczycieli – pan Verner i trener Clapp – zdołało przesunąć vana na tyle, żeby można było dojść do nas z noszami. Edward stanowczo odmówił skorzystania z tej formy transportu, ale gdy próbowałam iść w jego ślady, zdrajca powiedział ekipie ratunkowej, że uderzyłam się w głowę i mogę mieć wstrząs mózgu.

No nie! Jak on śmiał, szubrawiec – zwrócić uwagę sanitariuszy na fakt, że możesz potrzebować profesjonalnej pomocy medycznej!
Naprawdę, jaki ta dziewucha ma problem? Bycie pod opieką lekarza jest teraz towarzyskim obciachem, czy jak?

...Zaraz. Więc kadra i uczniowie WIEDZĄ, że Edzio też znalazł się w pobliżu vana?...I ten facet ma nadzieję, że przekonanie Belki, że coś sobie przywidziała magicznie sprawi, iż nikt z otoczenia nie zacznie dociekać, jakim cudem znalazł się obok panny Swan w tak krótkim czasie (nie, Meyer, NIE jest możliwym, by nikt nie zauważył go wcześniej, stojącego spokojnie obok swojego Volvo – to tak nie działa) i zdołał osłonić ich oboje przed zgnieceniem?

Naprawdę, przy tak inteligentnym kamuflażu aż dziw, że meyepiry uchowały się niezauważone do dzisiejszych czasów.

Głupota: + 150

Kiedy założono mi na szyję kołnierz ortopedyczny, niemal umarłam z upokorzenia.


Wybaczcie, wiem, że to już drugi raz w dzisiejszej analizie kiedy daję punkty bez komentarza, ale obawiam się, że słowa mnie zawodzą.

Głupota: + 30
Ego: + 30

Edward załapał się na miejsce koło kierowcy. Swoją butą działał mi na nerwy.

Zmierzch” jest o tyle zabawniejszy od pozostałych tomów, że czytając tego rodzaju komentarze naszej protagonistki jestem w pełni świadoma, iż już niedługo z jej ust nie będzie się wydobywać nic poza pieśniami pochwalnymi pod adresem Warda.

Bella i Edzio (oraz komisarz Swan, który pojawił się przed szkołą zawiadomiony o wypadku) docierają do szpitala.

Gdy mnie wynoszono z karetki, czułam, że robię z siebie pośmiewisko. W dodatku Edward wszedł do budynku energicznym krokiem, jak gdyby nigdy nic. Odprowadziłam go nienawistnym spojrzeniem.

*napawa się powyższym fragmentem z wielu różnych powodów, wliczając analizatorski masochizm*

Ponieważ nikt nie pofatygował się, żeby zaciągnąć zasłonki i zapewnić mi nieco prywatności, stwierdziłam, że pewnie nic takiego mi nie jest i nie muszę już mieć na sobie tego idiotycznego kołnierza ortopedycznego. Gdy tylko siostra odeszła, szybko go zdjęłam i cisnęłam pod łóżko.

Proszę, PROSZĘ, niech to spowoduje jakiś nieodwracalny uraz kręgosłupa u tej idiotki.

Głupota: + 200

Do Belli dołącza (będący w dużo gorszym stanie) Tyler:

Bello, nie wiem, jak cię prosić o wybaczenie.
Nic się nie stało, Tyler. A co z tobą, jak się czujesz? – Pielęgniarki odwijały właśnie jego bandaże, odsłaniając niezliczone płytkie nacięcia na czole i policzku.
Moje pytanie puścił mimo uszu.
Myślałem, że cię zabiję! Jechałem za szybko i przez ten lód... – Skrzywił się, kiedy jedna z sióstr zaczęła przemywać mu skaleczenia.

Tyler ma olbrzymie (i zrozumiałe) wyrzuty sumienia po tym, jak prawie zabił koleżankę z klasy.

Uwięziona na oddziale, musiałam znosić tyrady korzącego się Tylera. Obiecywał, że mi to wszystko jakoś wynagrodzi, i zadręczał się, choć powtarzałam, że nic takiego się nie stało. W końcu zamknęłam po prostu oczy i zaczęłam go ignorować. Teraz mógł tylko mamrotać coś pod nosem.



...

Ten chłopak był bliski pozbawienia życia drugiego człowieka. Na skutek niefortunnych okoliczności przyrody mógł zostać zabójcą.

NA WSZYSTKIE BÓSTWA GRECKIE I RZYMSKIE, CZY TY NAPRAWDĘ JESTEŚ TAK TĘPA, BY NIE ZDAWAĆ SOBIE SPRAWY, CO TEN NIESZCZĘŚNIK MUSI CZUĆ W DANEJ CHWILI?! JAK WIELKIM POTWOREM TRZEBA BYĆ, ŻEBY IGNOROWAĆ PRZEPROSINY CZŁOWIEKA, KTÓRY EWIDENTNIE JEST BLISKI HISTERII?! DLACZEGO JA MUSZĘ SIĘ MĘCZYĆ Z TĄ SOCJOPATKĄ JESZCZE PRZEZ KILKANAŚCIE ROZDZIAŁÓW?! VANIE TYLERA, DLACZEGO NAS ZAWIODŁEŚ???

Bitch: + 3000

Na salę wkracza lekarz, który zamierza dokonać oględzin niedoszłych ofiar. Jak sądzicie, czy jest to:

a) doktor House
b) doktor Burski
c) doktor Cullen?

Na wszelki wypadek mała podpowiedź:

W tym samym momencie na horyzoncie pojawił się lekarz i chcąc nie chcąc rozdziawiłam usta.
Przy tym porażająco przystojnym blondynie wysiadali wszyscy znani mi gwiazdorzy filmowi. Miał jednak bladą, zmęczoną twarz i ciemne sińce pod oczami.

Tak! Zgadliście. Oto Carlisle we własnej osobie. Przybył, by ocenić stan zdrowia Belki....

...Właściwie to dlaczego podszedł najpierw do niej, skoro Tyler jest zakrwawiony i ewidentnie cały w nerwach? Stefciu, ja wiem, że akcja tej książki to twój mokry sen z pobocznymi wątkami, ale postaraj się chociaż udawać, że twój awatar nie stanowi centrum wszechświata.

Mary Sue: + 3

Okazuje się, że naszej heroinie nic poważnego się nie stało (a niech to...) i może zmykać do domu.

(...) większość uczniów czeka na zewnątrz – poinformował nas doktor Cullen.
O nie – jęknęłam, zakrywając twarz dłońmi.

Na zewnątrz czego? Szpitala? Jakim cudem, skoro wypadek zdarzył się przed lekcjami? Dyrekcja zwolniła wszystkich do domu, żeby mogli utworzyć komitet powitalny? Ja rozumiem, że składanie hołdów Mary Sue jest naczelnym obowiązkiem wszystkich drugoplanowych postaci, ale błagam, zachowajmy resztki realizmu.

Nie chce mi się już nawet wyśmiewać faktu, że cała szkoła wyczekuje wieści o stanie zdrowia nowo przybyłej dziewczyny. O ile dobrze świadczyłoby o takim Ericu czy Jessice, że są zainteresowani kondycją nowej koleżanki, tak nie bardzo rozumiem, dlaczego wypadek Belci (dajcie spokój, wszyscy wiedzą, że Tyler się nie liczy) miałby spowodować drżenie serca u jakiegoś maturzysty lub ucznia pierwszej klasy liceum.

Głupota: +5
Mary Sue: + 50


No dobrze, opuściliśmy już gabinet lekarski, czas na konfrontację z Cullenem:

Czego chcesz? – spytał chłodno.
Jego wrogość nieco mnie wystraszyła i nie udało mi się odezwać do niego podobnie surowym tonem.
Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić – przypomniałam.
Uratowałem ci życie. Starczy.
Rzucił to z taką niechęcią w głosie, że niemal się skuliłam.
Obiecałeś.
Bello, uderzyłaś się w głowę, pleciesz jakieś bzdury. – Chciał się mnie pozbyć.
Doprowadzona do szewskiej pasji, nie dawałam za wygraną.
Z moją głową jest wszystko w porządku.
Co chcesz ode mnie wyciągnąć? – Jego oczy rzucały gniewne błyski.
Chcę poznać prawdę – powiedziałam. – Chcę wiedzieć, dlaczego kazałeś mi kłamać.
A co według ciebie się niby wydarzyło? – burknął.

Prawdziwy dżentelmen starej daty! Ta Bella to jednak szczęściara.

Asshole: + 300

Edward wpatrywał się we mnie z politowaniem. Ale coś w jego twarzy mówiło mi, że jest spięty.
Uważasz, że podniosłem vana? – spytał z pogardliwym niedowierzaniem. W tonie jego głosu było jednak coś podejrzanego, sztucznego, jakby to aktor wygłaszał swoją kwestię.
Skinęłam głową w milczeniu.
Przecież wiesz, że nikt ci nie uwierzy – dodał nieco prześmiewczym tonem.

:D

I ja mam uwierzyć, że to chłopię dało radę udawać zwykłego nastolatka od początków XX wieku? Przecież ten gamoń zachowuje się tak, jakby został przemieniony góra rok wcześniej i właśnie był zmuszony do pierwszej konfrontacji z człowiekiem mającym podejrzenia co do jego tożsamości!

Głupota: + 200

Oczywiście Cullen odmawia udzielenia jakichkolwiek wyjaśnień i odpływa w siną dal. Belka idzie spotkać się z ojcem:

W poczekalni było gorzej, niż się spodziewałam. Zdawało się, że są tu wszyscy, absolutnie wszyscy ludzie z Forks, jakich znałam choćby z widzenia, i gapią się na mnie.

To już nawet nie jest śmieszne. Meyer, dam ci małą radę: spróbuj choć na chwilę zapomnieć, że panna Swan to twoje literackie „ja” i zastanów się, jak zachowaliby się mieszkańcy Forks, gdyby w miejscu Belci znalazła się rzeczywista nastolatka. Powinno pomóc.

Mary Sue: + 75

Charlie objął mnie ramieniem, ledwie mnie dotykając, i wyprowadził przez szklane drzwi. Pomachałam nieśmiało do kolegów i koleżanek, mając nadzieję, że ten gest ich uspokoi. Po raz pierwszy ucieszyłam się, że wsiadam do radiowozu.

Ludzka pani. I tak dobrze, że nie poinstruowała przybyłych, gdzie mogą udać się po autograf z dedykacją.

Bitch: + 1

Charlie odezwał się dopiero pod domem.
Hm... Powinnaś teraz zadzwonić do Renee. – Tato zwiesił głowę zawstydzony.
Powiedziałeś jej! – Wiedział, że się rozgniewam.
Przepraszam.
Wysiadając, trzasnęłam drzwiczkami samochodu nieco mocniej, niż to było konieczne.

OMG, jak mogłeś poinformować moją kochającą matkę o wypadku, w którym o mało co nie zginęłam????? Nienawidzę cię!!!!1111oneoneone!!!

Bitch: + 50

Bella zapewnia mamę przez telefon że nic jej nie jest i nie chce wracać ( w rzeczywistości pragnie po prostu zabawić się w pannę Marple i odkryć sekret tego wstrętnego rudzielca o niekreślonym kolorze oczu i sile Wyrwidęba), bierze tabletki przeciwbólowe i kładzie się spać.

Tej nocy po raz pierwszy śniłam o Edwardzie Cullenie.

Biedne maleństwo – nie dość, że otarła się o śmierć, to jeszcze musi znosić koszmary...


O czym śni nasza heroina? Jak Cullen zareaguje na śledztwo dziewczyny? Dowiecie się w następnym odcinku.


Statystyka:

Bitch: 3072
Głupota: 945
Asshole: 800
Mary Sue: 138
Ego: 70
Lenistwo: 10
Angst: 5


Maryboo