Beige i Maryboo analizują pierwsze z dzieł pani Meyer

niedziela, 10 lutego 2013

Rozdział II: Otwarta księga

Nastaje dzień następny. Ma on, jak się okazuje, dobre strony, gdyż nie pada. Chwała Wielkiemu Cthulhu.

Wiedziałam też już, czego mogę się spodziewać. W szkole Mike usiadł ze mną na angielskim i odprowadził na następną lekcję, czemu Eric przyglądał się nienawistnie.

(+3 Mary Sue)

Pozostali uczniowie rzadziej się na mnie gapili, a lunch zjadłam w towarzystwie Mike'a, Erica, Jessiki i paru innych osób, które już rozpoznawałam. Pamiętałam nawet, jak mają na imię.

Łaska Marysi Zuzanny opromieniła te właśnie osoby, niech zabrzmią pieśni pochwalne.

Niestety, Belka nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła znów narzekać i angstować.

[Następny dzień był] Gorszy, bo byłam zmęczona po kolejnej zarwanej nocy. Nadal przeszkadzał mi huczący wkoło domu wiatr. Gorszy, ponieważ pan Verner wywołał mnie do odpowiedzi na trygonometrii, chociaż wcale się nie zgłaszałam, a nie znałam prawidłowego rozwiązania. Gorszy, bo grając w znienawidzoną siatkówkę, gdy jeden jedyny raz nie uciekłam przed piłką, trafiłam nią w głowę koleżanki z drużyny. A najokropniejsze było to, że Edward Cullen nie przyszedł do szkoły.

Toż to tragedia na skalę światową. Jakiś koleś, który zachowywał się wobec niej jak skończony dupek, nie pokazał się w szkole, żeby więcej sobie pobucować.

Edzika nie ma na stołówce, nie ma go na biologii.

Wchodząc do gabinetu biologicznego, czułam się już nieco lepiej - chłopak nie przyszedł przecież na lunch. Mike, który charakterem przypominał golden retrievera, był rzecz jasna u mojego boku.

Rozumiem, że to nie miał być komplement. Belka jest wyraźnie zirytowana opiekuńczością i zainteresowaniem miłego chłopaka. Nasze łabędziątko już planuje, jak go dyplomatycznie odstawić. No cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że dziewczyny lubią bad boyów (czyt. kompletnych chamów). Belka nie może być jedną mądrą bohaterką, to by się nie sprzedało.

Wiedziałam, że powinnam być wniebowzięta, bo mam całą ławkę tylko dla siebie i nie muszę znosić obecności nieprzychylnego mi sąsiada, ale dręczyło mnie podejrzenie, że to z mojego powodu opuszcza lekcje. Ty mała egocentryczko, myślałam, przecież to nie ma sensu. Jak mogłabyś wzbudzić u kogoś podobnie silne uczucia? To niemożliwe. A mimo to martwiłam się, że moje przypuszczenia się sprawdzą.

Jaka ta Belka skromna, żeby zakładać, że to ona jest powodem opuszczania lekcji przez pana buca. Ma chociaż jakieś przebłyski rozsądku, że to jednak mało prawdopodobne, ale i tak (+10 ego).

Gdy lekcje wreszcie dobiegły końca i przybladł rumieniec, jaki zakwitł na mojej twarzy po wypadku na meczu, szybko przebrałam się z powrotem w dżinsy i granatowy sweter, żeby przy drzwiach damskiej szatni nie zastać mojego wiernego retrievera.

(+5 bitch)


Belka wsiada do samochodu. Po drodze ma zamiar wskoczyć do supermarketu. Okazuje się, że Charlie to skończone kulinarne antytalencie, niepotrafiące nic ugotować i niemające nic w lodówce. Belcia to the rescue! Nasze ptaszątko chce przejąć kuchnię, jak każda porządna kobieta powinna. Ciekawa jestem, jak ten bidny Charlie przeżył te długie lata po odejściu żony. Hę? Żarł tylko jajecznicę? Nie wciskaj mi tu takich bzdur, Stefciu. To tylko następna próba przekonania nas, że rodzice naszej jakże dojrzałej hirołiny to niedorozwinięci kretyni. Sweet.

Ignorując uczniów, którzy odwrócili głowy, słysząc huk silnika dołączyłam do kolejki pojazdów, czekających na wyjazd. Próbowałam udawać, że to nie z mojego wozu wydobywają się te ogłuszające dźwięki. Zauważyłam Cullenów i bliźnięta Hale wsiadających do auta. Było to owo lśniące nowością volvo. No tak. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na ich ubrania - przedtem zbytnio zafascynowały mnie twarze tej czwórki. Strojem także się wyróżniali. Byli ubrani skromnie, ale można było poznać, że gustują w markach z najwyższej półki. Zresztą, z takim wyglądem mogliby chodzić w ścierkach do naczyń i nadal robić wrażenie. Mieli, zatem i urodę, i pieniądze - wydawało się, że to trochę nie fair.

Tańce na stołówce, markowe ciuchy, wypasione wozy. Powinni wydać podręcznik How not to be seen z ekipą Pythonów. Dogadaliby się.

Robiąc zakupy, Bellissima dalej pokazuje swoją niechęć do Widelców. Tym razem cieszy się, że supermarket jest na tyle duży, że nie słychać deszczu, uderzającego o dach. Dzięki temu łabędziątko może na chwilę zapomnieć, że nie jest w Phoenix. Widzę, moja droga, że nosisz swoją odznakę z lamą z dumą, skoro nawet deszcz jest dla ciebie takim dramatem.

Po powrocie do domu nasze irytujące stworzonko natychmiast zabiera się za to, co każdy obdarzony macicą człowiek powinien robić. Obiad. Następnie Belcia idzie do siebie, przejrzeć maile i odrobić lekcje.

Belka odczytuje wiadomość od rodzicielki. Renee pyta, jak córci minął lot i co tam słychać w Widelcach. Jak przystało na roztrzepaną idiotkę, mama pyta, gdzie jest jej różowa bluzka. Ok., Stefa, rozumiemy, że Renia to kiepska matka. Wiesz, jak mnie tak bardzo próbujesz przekonać, to jakoś coraz mniej ci wierzę.

Swanówna odpisuje swej zdziecinniałej mamie, że wszystko ok., bluzka w pralni, odczep się, mamo, i nie pisz za często, bo jestem bohaterką opka, tfu, prawdziwej ksionżki, więc po co mi rodzice. Lepiej, jak są daleko i nie wtrącają się w moje epickie przygody i namiętne romanse. Ech…

Charlie wraca z pracy.

- Co na obiad? - zapytał nieufnie. Moja mama była kucharką pełną fantazji i jej eksperymenty nie zawsze nadawały się do spożycia. Zaskoczył mnie smutno tym, że nadal o tym pamiętał.
- Steki z ziemniakami - odpowiedziałam. Wyglądał na usatysfakcjonowanego.

Boru dziękować, córka umie kucharzyć, jesteś uratowany, Charlie!

Podczas obiadu tatko wypytuje Belkę, jak tam w szkole. Belka korzysta z okazji, żeby dowiedzieć się czegoś o Cullenach. Charlie broni rodzinkę dziwaków, uważając ich za ósmy cud świata, a już szczególnie doktorka. Wszelakie plotki na ich temat to stek bzdur, zło i szatany.

- Wydają się mili. Po prostu zauważyłam, że trzymają się razem. I bombowo wyglądają - dodałam, żeby udobruchać tatę.
- Żałuj, że nie widziałaś samego doktora - roześmiał się Charlie. - Dzięki Bogu, że jego małżeństwo jest udane. Wiele pielęgniarek ze szpitala ma trudności z koncentracją, kiedy Cullen kręci się w pobliżu.

Iii… zaczęło się na dobre. Teraz już co chwilę będziemy musieli czytać, jakie te Culleny nie są piękne, a już Eduardo w szczególności. Normalnie nic, tylko rzygać brokatem (teoretycznie jeszcze o tym nie wiemy, ale c’mon, niedawno skończyłyśmy pastwić się nas Przed Świtem, więc nie będziemy udawać).

Reszta tygodnia przebiegła bez zakłóceń. Przyzwyczaiłam się do kolejności zajęć. Do piątku nauczyłam się rozpoznawać niemal wszystkich uczniów, poznałam też imiona większości z nich. Dziewczyny z mojej drużyny siatkówki wiedziały już, że nie należy podawać mi piłki i trzeba stawać przede mną, gdy przeciwnik celuje w moją stronę. Byłam zadowolona z tak obranej taktyki.

Wiecie co, to akurat znam z autopsji. Zawsze byłam kiepska z wf-u, często chorowałam, miałam zwolnienia, więc jak już przyszłam na zajęcia, to był wstyd, jak cholera. Zero kondycji, koordynacja, że pożal się borze. Często byłam odpowiedzialna za liczenie punktów, a jak już naprawdę musiałam grać, to koleżanki robiły dokładnie to, co panny z Widelców, co mi też nie przeszkadzało. Ot, taki mały wtręt autobiograficzny. Nie żebym się identyfikowała z Belcią, ale… to akurat rozumiem.

Edzia jak nie było, tak nie ma. Dni mijają, a Belka, gasp!, coraz lepiej się czuje w Forks. Sama Swanówna jest absolutnie zszokowana.
Ale nie! Jednak życie Belki znów wali się w gruzy! Otóż, moi mili, zaczyna padać śnieg. Jak to mówiła pani doktor od farmakologii na mojej uczelni, o jasna paszcza! (+5 angst)

- Nie lubisz śniegu?
- Nie. Oznacza, że już za zimno na deszcz. - Czy to nie oczywiste? - Poza tym, gdzie się podziały te słynne płatki? No wiesz, każdy jedyny w swoim rodzaju i takie tam. Te tu przypominają końce wacików do uszu.

Ale przecież najważniejsze, że ty tu jesteś, Belko – najbardziej speshul ze wszystkich speshul płatków śniegu, więc to wystarczy.

Skinął tylko głową, wpatrzony w oddalającą się sylwetkę przeciwnika.
Przez cały ranek wszyscy trajkotali wielce podekscytowani o śniegu - najwyraźniej padał po raz pierwszy w tym roku. Nie brałam udziału w tych rozmowach. Biały puch był niby suchszy od deszczu, ale przecież topniał i tylko moczył skarpetki.
Do stołówki wybrałam się rozważnie w towarzystwie Jessiki. W powietrzu aż roiło się od śnieżek. W ręku trzymałam skoroszyt, gotowa w razie potrzeby użyć go jako tarczy. Jessica uważała, że zachowuję się dziwnie, ale coś w moich oczach kazało jej przestać wychwalać tę brutalną rozrywkę.

Brutalna rozrywka, no tak, rzeczywiście straszne. Gdyby sobie gardła podrzynali to jeszcze, ale śnieżki? Makabra.

Na stołówce Belka zauważa, że Edek wrócił do szkoły. Powoduje to u niej jakże romantyczny skręt kiszek, więc nasza hirołina decyduje się tylko wziąć napój.

Postanowiłam zerknąć jeden jedyny raz w stronę stolika Cullenów. Jeśli ten agresywny dziad się na mnie gapi, mam prawo stchórzyć i opuścić następną lekcję.

Piękny początek epickiego romansu. Belcia wręcz boi się Edzia i to do tego stopnia, że nie chce iść na lekcję biologii, żeby od niego uciec. Wspaniale. Aha, no i określenie agresywny dziad pasuje do Edka idealnie.

Właśnie się śmiali. Chłopcy mieli włosy zupełnie mokre od topniejącego w nich puchu. Emmett potrząsnął specjalnie głową, żeby dokuczyć dziewczynom, a te odchyliły się do tyłu. Jak wszyscy inni, cieszyli się pierwszym śniegiem - tyle że, ze względu na ich urodę, wyglądało to jak scena z filmu.

Borze zielony, to dopiero drugi rozdział, a ja już mam dosyć tych opisów cudnych Cullenów. A to zaledwie preludium.

Edek zaczyna gapić się na Belkę. Jako że nie ma w jego wzroku chęci mordu, Swanówna postanawia jednak iść na biologię. W drodze na lekcję Belka widzi, że śnieg przestał padać. Teraz leje deszcz i zmywa biały puch. Hurra!

Na lekcji Edek rozpoczyna rozmowę, czym niezmiernie zaskakuje Belkę. Swanówna oczywiście musi w tym stanie szoku zauważyć, jakie wspaniałe włosy i całuśne usta ma nasz Adonis.

- Nazywam się Edward Cullen - ciągnął. - Nie miałem okazji przedstawić się w zeszłym tygodniu. A ty musisz być Bella Swan.
Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Czyżby w zeszły poniedziałek dręczyły mnie omamy? Teraz zachowywał się zupełnie normalnie i grzecznie. Czekał, musiałam się odezwać. Tyle, że nic zwyczajowego nie przychodziło mi do głowy.
- Skąd wiesz, jak mam na imię? - wymamrotałam z trudem.
Zaśmiał się cicho, był przy tym taki czarujący.
- Ach, sądzę, że wszyscy tu wiedzą, jak masz na imię. Całe miasteczko żyło twoim przyjazdem.

The Beatles, Elvis, The Rolling Stones to przy Belce mały pikuś. (+100 Mary Sue)

- Nie o to mi chodziło - drążyłam uporczywie. - Skąd wiedziałeś, że powinieneś powiedzieć „Bella”?
Coś mu się nie zgadzało.
- Wolisz Isabellę?
- Nie, Bellę - powiedziałam - ale myślałam, że Charlie, to znaczy mój tata, nazywa mnie za moimi plecami Isabellą. Nikt inny w szkole nic użył tego zdrobnienia, witając się ze mną. - Czułam, że robię z siebie kompletną idiotkę.
- Ach tak. - Nie podjął tematu. Zmieszana odwróciłam głowę.

Creepy. A będzie jeszcze bardziej creepy.

Zaczyna się lekcja. Uczniowie otrzymują preparaty z fazami mitozy komórek cebuli i mają je zidentyfikować w parach. Czas na biology bonding time!

- Jak sądzisz, partnerko - zapytał Edward - panie przodem? - Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że uśmiecha się zawadiacko. Był taki piękny, że zaniemówiłam z wrażenia i znów wyszłam na idiotkę.
- Albo może ja zacznę, jeśli nie masz nic przeciwko. - Przestał się uśmiechać. Niechybnie zastanawiał się, czy aby nie jestem opóźniona umysłowo.
- Już się biorę do roboty - odparłam, rumieniąc się.

Och, jaki on piękny, mów mi jeszcze, Stefciu, bo nie dotarło to do mnie w pełni.

Okazuje się, że Belka i Edzio są w kwestii mitozy równie zajebiści i od razu rozpoznają każdą fazę. W międzyczasie Belcia mało nie mdleje od przypadkowego dotyku Edzika oraz zauważa, że pismo Cullena jest 100 razy piękniejsze od jej bazgrołów.

Nasze gołąbeczki mają dużo czasu do końca zadania, pora więc na więcej drewnianych dialogów. Belka stwierdza, że coś tu chyba się nie zgadza, bo Edzisław ma inny kolor oczu niż ostatnio. Na pytanie o szkła kontaktowe Ed odpowiada przecząco i ucina temat.

Coś się nie zgadzało. Mogłabym przysiąc, że w zeszłym tygodniu, kiedy wpatrywał się we mnie z wściekłością, były ciemne. Pamiętałam wyraźnie ich matową czerń kontrastującą z jego bladą skórą i kasztanowymi włosami. Dziś miały zupełnie inny kolor: dziwny odcień ochry, ciemniejszy od kajmaku, ale w podobny sposób złocisty. Zachodziłam w głowę, jak to możliwe - chyba, że, z jakichś powodów nie chciał się przyznać, że nosi kontakty. Albo to Forks miało a mnie taki wpływ i po prostu stopniowo traciłam rozum.

I tu mam pytanko, które kiedyś już zadawałyśmy na forum Tłajlajta. Czy Belka jest naprawdę jedyną mieszkanką Widelców, która nie jest ślepa? Ktoś, u licha, powinien był zauważyć, że Cullenom okresowo zmienia się kolor oczu, a cienie pod oczami raz się pojawiają, a raz znikają. Anybody? W końcu jest drobna różnica między czarnymi (creepy) a złotymi oczyskami (równie creepy). (+50 głupota)

Edek stara się podtrzymywać small talk, rozprawiając o śniegu. Cullen od razu odgaduje, że Belka cierpi katusze ciała i duszy z powodu warunków atmosferycznych w Widelcach, zadaje więc oczywiste pytanie: „To po cholerę tu się pchałaś, głupia dziewucho?” No, może pomija głupią dziewuchę. Belka odpowiada, że matka ponownie wyszła za mąż, a małżonek, Phil, często musi się przeprowadzać, bo jest baseballistą.

- I matka przysłała cię tutaj, żeby móc z nim jeździć. - Znów było to stwierdzenie, a nie pytanie.
Wysunęłam brodę do przodu.
- Nikt mnie nie przysyłał. Sama się przysłałam.
Zmarszczył czoło.
- Nie rozumiem - przyznał. Nie wiedzieć, czemu, najwyraźniej był tym faktem zmartwiony.

Ja też nie.

- Z początku została ze mną, ale tęskniła. Było jej ciężko. Postanowiłam, że będzie lepiej, jeśli nareszcie spędzę trochę czasu z Charliem. - To ostatnie zdanie powiedziałam już niemal grobowym tonem.

Skoro to była tylko i wyłącznie twoja własna decyzja, durna istoto, to czemu teraz na każdym kroku wzdychasz, jęczysz i narzekasz?

- Robisz dobrą minę do złej gry - oświadczył, starannie dobierając słowa. - Ale założę się, że nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo tak naprawdę cierpisz.

Jeżu, jak ona cierpi straszliwie, no po prostu ryczeć się chce, zaraz lecę po chusteczki! (+100 angst)

 


- Drażnię cię? - spytał. Wydawał się rozbawiony.
Po raz kolejny zerknęłam na niego nierozważnie, w rezultacie mówiąc prawdę.
- Niezupełnie. Jestem raczej zła na siebie. Tak łatwo się czerwienię. Mama zawsze powtarza, że moja twarz to otwarta księga. - Nachmurzyłam się.
- Wręcz przeciwnie. Trudno mi cię przejrzeć. - Chociaż tyle mu o sobie opowiedziałam i tylu rzeczy się domyślił, o dziwo, zabrzmiało to szczerze.
- Pewnie zwykle nie masz z tym kłopotów.
- Zazwyczaj nic. - Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając rząd prościutkich, śnieżnobiałych zębów.

Jak wiemy, Edzio czyta w myślach. Jak wiemy, Belka nie myśli. Ot i rozwiązanie zagadki.

Mimo że tym razem Edek nie zachowuje się jak buc, dalej jest spięty i po zakończeniu lekcji natychmiast się zmywa.

Mike znalazł się w okamgnieniu u mego boku i zaczął pakować moje rzeczy. Brakowało mu tylko merdającego ogona.

(+50 bitch)

Idąc z moim wiernym towarzyszem do sali gimnastycznej, nie potrafiłam skoncentrować się na tym, co mówi, a i lekcja WF - u nic wyrwała mnie z zamyślenia. Dzięki Mike'owi, który grał ze mną w jednej drużynie i pilnował rycersko także mego kawałka boiska, mogłam fantazjować do woli, przerywając jedynie na serwy. Pozostali zawodnicy, nauczeni doświadczeniem, umykali wówczas przezornie na boki.

Przestań traktować tego biedaka jak szmatę. Ćwiczysz swoją metodę przed zbliżającą się znajomością z Dżejkiem, czy co? A nie, ty po prostu jesteś wredną suką 24/7. Ok.

Belka wraca do domu.

Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie. Nagle zauważyłam nieruchomą postać w bieli. Edward Cullen stal trzy auta dalej, opierając się o przednie drzwiczki swojego volvo, i nie spuszczał ze mnie wzroku. Natychmiast spojrzałam w inną stronę i pospiesznie wrzuciłam wsteczny - mało brakowało, a staranowałabym rdzewiejącą toyotę corollę. Na szczęście w porę wcisnęłam hamulec. Taką toyotę moja solidna furgonetka jak nic rozniosłaby na strzępy. Nadal ignorując chłopaka, wzięłam głęboki wdech i ostrożnie ponowiłam manewr. Tym razem poszło lepiej. Opuściłam parking ze wzrokiem wbitym w jezdnię, ale mogłabym przysiąc, że kiedy mijałam volvo, Edward się śmiał.

(+1 asshole)

W następnym odcinku poznamy bohatera wszystkich antyzmierzchowców, czyli dzielne autko – van Tylera. Jego krótka przygoda z naszą gwiazdą będzie miała pewne poważne konsekwencje.

(+105 angst)
(+103 Mary Sue)
(+50 głupota)
(+56 bitch/asshole)

Beige



15 komentarzy:

  1. Ja pierdzielę, wypisz, wymaluj, Anastazja O.o James naprawdę zerżnęła ze Zmierzchu wszystko co się dało. I jeszcze to wydała *mdleje*

    A Mike'a mi zwyczajnie żal. Jak mam polubić bohaterkę jak traktuje człowieka w taki sposób? No jak?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę się doczekać Pana Vana. To naprawdę gwiazda serii - i postać o najgłębszym charakterze w sadze. Dzisiejsza analiza wspaniała jak zawsze, Beige jak widzę w formie ;) Mam nadzieją na więcej kąsków w stylu niemyślenia Belki.
    Pozdrawiam,
    Car.

    OdpowiedzUsuń
  3. "W szkole Mike usiadł ze mną na angielskim i odprowadził na następną lekcję, czemu Eric przyglądał się nienawistnie" - co to, w Forks niedobór płci pięknej?

    "pan Verner wywołał mnie do odpowiedzi na trygonometrii, chociaż wcale się nie zgłaszałam, a nie znałam prawidłowego rozwiązania" - TO SIĘ #@%$%#@# TRZEBA UCZYĆ. Chyba, że się ma możliwość zgłosić 'np'.

    [analiza] "Po powrocie do domu nasze irytujące stworzonko natychmiast zabiera się za to, co każdy obdarzony macicą człowiek powinien robić. Obiad." - akurat to, że ona gotuje, ma sens o tyle, że nasza Belcia Słoń wraca do domu przed ojcem... chociaż natychmiast po powrocie ze szkoły może przesada (gdy był mój 'dyżur', starałam się wycyrklować z czasem tak, żeby obiad był gotowy wtedy, kiedy następny członek rodziny wracał do domu... z dokładnością do pięciu minut).

    [analiza] "jestem bohaterką opka, tfu, prawdziwej ksionżki, więc po co mi rodzice" - http://www.youtube.com/watch?v=kQOK8i7TfsI

    "jej eksperymenty nie zawsze nadawały się do spożycia. Zaskoczył mnie smutno tym, że nadal o tym pamiętał." - jakieś sześć czy siedem lat temu stworzyłam chrupiący barszcz ukraiński, rodzina wypomina mi to do dziś - to moja najbardziej spektakularna porażka kulinarna.

    "- Nie lubisz śniegu?
    - Nie. Oznacza, że już za zimno na deszcz." - odznaka nie dla Belki: http://www.um.oswiecim.pl/pl_chemik/02_2002/articles/img/logo_zimno.gif

    "Całe miasteczko żyło twoim przyjazdem." - no aż takie małe to Forks chyba nie było... ja rozumiem, że wiejski proboszcz ekscytuje się przyjazdem wakacyjnych parafian, ale miasteczko (!) podniecające się przyjazdem jednej (!) dziewczyny, którą zresztą już prawie wszyscy znali...? Jeszcze ciekawość, co to będzie za dziewczyna, gdyby była to całkiem 'nowa'...

    "mało brakowało, a staranowałabym rdzewiejącą toyotę corollę. Na szczęście w porę wcisnęłam hamulec. Taką toyotę moja solidna furgonetka jak nic rozniosłaby na strzępy." - hehe. Hehehe. Nie mogę się powstrzymać od skojarzeń z nowym traktorem jednego z kuzynów mojego taty. Hehehehehe...

    OdpowiedzUsuń
  4. Przede wszystkim: jak zwykle cudo :D
    Zadziwia mnie to, że wystarczył jeden rozdział i jedna rozmowa z Eduardem, żeby Mike "sympatyczny chłopak" zamienił się w Mike'a "nachalny pies". Ja rozumiem, że można o kimś szybko zmienić zdanie, ale bez przesady... Ja jestem naprawdę odporna i wiele potrfie zrozumiec, ale tej dziewczyny czasami zwyczajnie się nie da...

    btw. wczoraj miałam przyjemnośc obejrzeć "hotel transylwania" i pojawił się tam jakże uroczy motyw zmierzchu: http://www.youtube.com/watch?v=FJEuiP7ILRc ale w polskiej wersji jest tam tekst "Jak myslisz, czy wampir może zostać fryzjerem?". Myslę, ze ten kwałek pięknie oddaje naszą 'miłość' do serii ^^
    Pozdrawiam serdecznie
    Pico

    OdpowiedzUsuń
  5. Pedłord po jednej rozmowie z agresywnego dziada stał się bogiem. Więc myślę, że Pałka nie jest takim znawcą charakterów, za jakiego chciałaby, żeby ją uważać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak ja nie cierpię tego określenia: "biały puch". To szczyt pseudopoetyckiego banału w połączeniu z rozpaczliwym "jak nie umieszczać w tekście tylu powtórzeń".
    Już zapomniałam, jaki Mike był fajny. Naprawdę, przeczytałabym o nim dobrego fanfika, bo poza lataniem za Belcią, to był naprawdę sympatyczny chłopak.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziwię się braku punktacji za nudę - przy tym fragmencie, w którym Belka odbiera maila od mamy i w międzyczasie jest dłuuugi opis tego, jak internet się łączy, Belka poszła po płatki, a jak wróciła, to nadal się łączył, a także tym, gdzie wraca z zakupów i układa je w lodówce na kartonie jajek... Jeżu, PO CO w ogóle opisywać takie rzeczy? A za scenę z vanem w następnym rozdziale to od razu dałabym +1000 do nudy, bo tak niedramatycznego opisu dramatycznej sceny akcji w życiu nie widziałam. .__.
    MOAR.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dodam jeszcze zgrabny cytacik, bo czymże jest blog bez zgrabnego cytaciku na belce. Jacek Kaczmarski o "Zmierzchu": "Zmierzch mężczyznę miażdży" (Testament '95 z albumu "Pochwała Łotrostwa").

    OdpowiedzUsuń
  9. Chyba co niektórych ómrę, ale TO - http://www.malinowaaleja.pl/lalki-i-akcesoria/628-barbie-twilight-saga-zmierzch-breaking-dawn-bella-x8250.html próbują już nawet małym dzieciom wciskać.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja też uważam, że śnieg jest obrzydliwy. Kiedy przed moją szkołą trwała wojna na śnieżki wychodziłam od tyłu ażeby nikt nie wpadł na pomysł rzucenia we mnie tym paskudztwem. Nie oznacza to w cale, że identyfikuje się z bohaterką.

    OdpowiedzUsuń
  11. rozumiem Bellę z tym śniegiem. To akurat bardzo trafna uwaga. Śnieg oznacza, że zaczęła się ta obrzydliwa pora roku kiedy jest zimno, ciemno bywa mokro i trwa to z pół roku. Zima jest obrzydliwa do mdłości - przepraszam za te żale ale naprawdę nie lubię zimy. I na wf miałam tak samo. Dziewczyny tylko patrzyły gdzie stoję i ustawiały się tak żebym nie musiała tykać się piłki...

    OdpowiedzUsuń
  12. I znowu to zrobię, znowu będę dumała nad tym jak być mogło… ale nie wyszło.
    Dopadła mnie myśl, że do pewnego stopnia mogę solidaryzować się z Bellcią na poziome „nawet pamiętałam jego imię”, bo mam straszne, ale naprawdę straszne problemy z dopasowywaniem imion do twarzy i nie wynikają one z olewactwa, tylko naprawdę nie umiem zapamiętać czyjegoś wyglądu przy pierwszym spotkaniu (przy trzecim też rzadko i nie należy się dziwić jak minę kogoś na ulicy bez ‘cześć’ bo go nie poznam). Jak kogoś widuję rzadko, to miesiącami mogę mieć z tym problemy, a jak ktoś mi rzuci „bo wiesz, Kaśka ścięła włosy…” to mój mózg robi akrobatykę pod tytułem „tak, Kaśka wiem kto to Kaśka, ale jak u licha Kaśka wygląda… moment miała włosy do…”
    No ale! Ja bym chciała zapamiętywać lepiej, a Bellcia ma to w nosie, więc motyw irytującego problemu wynikającego z licho wie czego w mózgu idzie się paść na zielone, bo bohaterka jakby chciała, to by pamiętała. I pani Meyer znów sobie strzela w stopę. Zaczynam się zastanawiać, czy po tego typu analizie ze stóp autorki cokolwiek by zostało?


    A za analizę należy się kufelek c[] :)


    Pozdrawiam,
    Marša

    OdpowiedzUsuń
  13. "pan Verner wywołał mnie do odpowiedzi na trygonometrii, chociaż wcale się nie zgłaszałam"

    W polskiej szkole to norma;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Chcę zostać pisarką i trochę się boję, że moje książki kiedyś będą tak komentowane XD
    A nawiasem mówiąc to cudo

    OdpowiedzUsuń