Beige i Maryboo analizują pierwsze z dzieł pani Meyer

niedziela, 2 czerwca 2013

Rozdział XVIII: Polowanie


Na scenę wkraczają wampirzy adwersarze.

Wynurzyli się z lasu jedno po drugim, w odległości jakichś dwunastu metrów od siebie. Mężczyzna, który wyszedł na polanę pierwszy, cofnął się natychmiast, by pojawić się po chwili ponownie, tym razem jednak za plecami wysokiego bruneta, który, jak z tego wynikało, dowodził całą grupą. Trzecia była kobieta. Z tak dużej odległości mogłam o niej powiedzieć tylko tyle, że ma płomiennorude włosy niezwykłej urody.

Zbliżając się do rodziny Edwarda, mieli się wyraźnie na baczności i trzymali się blisko siebie, jak zresztą przystało na trojkę drapieżników, które napotykają na drodze nieznane, liczebniejsze stado tego samego gatunku.
Gdy podeszli dostatecznie blisko, uświadomiłam sobie, jak bardzo różnią się od Cullenów. W ruchach nieznajomych kryło się coś kociego, jakby w każdej chwili gotowi byli do sprężystego skoku. Strojem nie odstawali zbytnio od zwykłych turystów - wszyscy mieli dżinsy i grube flanelowe koszule. Ubrania te były już jednak mocno wystrzępione, stóp przybyszów zaś nie chroniło obuwie, Obaj mężczyźni mieli krótko przystrzyżone włosy, ale w imponującej ognistą barwą grzywie kobiety roiło się od liści i innych leśnych pamiątek.

Od razu widać, że to ci źli. Takie niechlujstwo w ubiorze i fryzurach… Co za zwierzęta!

Carlisle wyszedł im naprzeciw w asyście Emmetta i Jaspera. On także zachowywał wszelkie zasady ostrożności. Nieznajomi przyjrzeli mu się uważnie. Wyglądał przy nich jak dystyngowany mieszczuch na wakacjach przy grupie prostych drwali.


A nie mówiłam? Priorytety Belki są niezachwiane. (+1 bitch)


Z całej trójki najbardziej urodziwy był z pewnością przywódca grupy. Pod charakterystyczną bladością kryła się piękna, oliwkowa cera, pasująca do lśniących czernią włosów. Mężczyzna nie wyróżniał się wzrostem ani wagą, ale z pewnością wielu zazdrościło mu muskulatury, choć rzecz jasna daleko mu było do Emmetta. Uśmiechając się, odsłaniał olśniewająco białe zęby.

Kobieta była bardziej dzika, jej oczy rozbiegane. Zerkała wciąż to na Carlisle'a i jego świtę, to na pozostałych, którzy stali rozproszeni bliżej mnie. Jej potargane włosy drgały w podmuchach lekkiego wieczornego wiatru. Nadal przypominała mi kota. Drugi mężczyzna trzymał się z tyłu, nie narzucał się ze swoją obecnością. Był nieco niższy i wątlejszy od bruneta, miał jasnobrązowe włosy o przeciętnym odcieniu, a w regularnych rysach jego twarzy nie było nic, co przykuwałoby uwagę. Jego oczy, choć zupełnie nieruchome, wydały mi się najbardziej czujne.


I już wiadomo, kto najbardziej namiesza. Ten najbrzydszy. Ech…


Przybysze nie mają słodkich, złotych ocząt jak cudne Culleny tylko czerwone ślepia zagłady. Przywódca Tercetu Egzotycznego przedstawia się jako Laurent, jego towarzysze to Victoria i James. Nomadowie chcą przyłączyć się do gry (baseball jest sportem narodowym wszystkich wąpierzy?), ale Carlisle łże, że już kończą, także może innym razem. 

Mejerpiry ucinają sobie kurtuazyjną pogawędkę. Jazz w międzyczasie robi wszystkim pranie mózgu, żeby byli spokojni i w dobrym nastroju. Tercet jest zaskoczony tym, że Culleny mieszkają w Widelcach na stałe. Doktorek proponuje, żeby przybysze odwiedzili ich dom i się trochę ogarnęli, wieśniaki jedne. 

WTEM! następuje wielka tragedia!


- Jeśli chcecie podbiec z nami, wskażemy wam drogę. Emmett, Alice, zabierzcie się z Edwardem i Bella jeepem - dodał jak gdyby nigdy nic, choć tak naprawdę był to rozkaz, mający zapewnić mi maksymalne bezpieczeństwo.

Kiedy mówił, trzy rzeczy wydarzyły się błyskawicznie jedna po drugiej. Silniejszy podmuch wiatru zmierzwił mi włosy, Edward zamarł, a James odwrócił raptownie głowę i wbił we mnie wzrok. Jego nozdrza pulsowały. Przysiadł gotowy do skoku.

GASP! Cóż za akcja, jakie napięcie!




Wszyscy znieruchomieli. Edward przybrał podobną pozycję, obnażając zęby, a z głębi jego gardła dobył się zwierzęcy charkot, niemający nic wspólnego z wesołym warknięciem, którym postraszył mnie w żartach rano. Był to najbardziej przerażający odgłos, jaki dane mi było kiedykolwiek usłyszeć. Od czubka głowy po podeszwy stóp wstrząsnął mną zimny dreszcz.

Od razu przypomina mi się scena z filmu.




Powiedzcie mi, że nie byłam jedyną osobą, która parsknęła śmiechem na ten widok. 

Carlisle spokojnie informuje przybyszów, że nie, Belka nie robi za podwieczorek. Tercet jest zszokowany cullenowym doborem zwierzątek domowych.







Szok kulturowy szokiem kulturowym, ale Laurent postanawia przyjąć zaproszenie Cullenów i wpaść na herbatkę. Doktorek, Rózia, Esme i Jazz prowadzą przybyszów do rezydencji, zaś Ala, Emmett i Wardo ewakuują Belkę z polany.


Zaraz po wejściu do lasu, nawet na moment nie zwalniając, wziął mnie na barana i natychmiast nabrał prędkości. Uczepiłam się go kurczowo. Alice i Emmett pędzili tuż za nami. Głowę trzymałam nisko, ale moje szeroko otwarte ze strachu oczu nic chciały się zamknąć. Las tonął w mroku, zapadał już zmierzch. Musieliśmy przypominać przemykające się ostępami zjawy. Edward, zwykle tak podekscytowany wampirzym tempem, tym razem kipiał gniewem, co pozwalało mu biec jeszcze szybciej. Nawet ze mną na plecach nie dawał się prześcignąć pozostałym.
Ani się obejrzałam, a już byliśmy przy aucie. Edward cisnął mnie bezceremonialnie na tylne siedzenie i w mgnieniu oka zasiadł za kierownicą.
- Przypnij ją - rozkazał Emmettowi, który wślizgnął się za mną do jeepa. Alice zdążyła już zająć swoje miejsce, a Edward odpalić silnik. Burczał coś pod nosem, ale wyrzucał z siebie słowa w takim tempie, że nie byłam w stanie nic wychwycić. Brzmiało to w każdym razie jak stek wulgaryzmów.

Ed zachowuje się jak jaskiniowiec i nie, strach o lubą go nie tłumaczy. Który to już raz, trzeci? Za każdym razem, gdy Belka jest w niebezpieczeństwie, Sparklemaster robi jej jakąś krzywdę. Na parkingu ciska nią o beton, w Nju Munie odpycha ją na szklany stół, teraz wrzuca ją do samochodu, ja pierniczę, ten facet ma naprawdę jakieś potworne problemy psychiczne. (+100 asshole) 

Oh wait, it gets better.


- Dokąd jedziemy? - spytałam zaniepokojona.

Nikt mi nie odpowiedział. Nikt nawet na mnie nie spojrzał.
- Edward, do cholery! Dokąd mnie wywozicie?
- Nie możesz tu zostać. Musimy cię odstawić jak najdalej stąd. Jak najprędzej. - Nie odrywał wzroku od szosy. Według prędkościomierza jechał sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę.
- Zawracaj, kretynie! Odwieź mnie do domu! - Próbowałam zerwać krępujące mnie pasy.
- Emmett - rzucił Edward tonem brutalnego gangstera.
Siłacz posłusznie unieruchomił moje dłonie swoim żelaznym uściskiem.

(+500 asshole) 

I to jest wasz plan? Hit the road, bez żadnego zastanowienia czy rozmowy? Tym bardziej, że właściwie nikt Belce jeszcze nie groził, nie próbował atakować. Tercet wyraził jedynie zdziwienie stylem życia i znajomymi sparklącej rodzinki. Big fucking deal. Poza tym Cullenów jest znacznie więcej i, jakby co, mogliby spokojnie nomadom spuścić łomot i po kłopocie. Ale nie, to co zaraz wymyślą zamiast szybkiego sklepania ryjów będzie znacznie bardziej niebezpieczne, bezsensowne, niepotrzebnie skomplikowane i o mało co nie skończy się tragicznie.


No to spójrzmy. 
- Nie! Edward! Nie możesz mi tego zrobić!

- Nie mam wyboru, Bello. A teraz ucisz się, proszę.
- Nie mam zamiaru! Charlie powiadomi FBI! Prześwietlą całą waszą rodzinę, Carlisle'a i Esme! Będą musieli wyjechać, ukrywać się bez końca!




Czyżby Belka wykazała się… myśleniem? Trzymajcie mnie, padłam i chyba nie wstanę z tego szoku. 


- Edwardzie, zatrzymaj się, proszę.

- Nic nie rozumiesz - zagrzmiał z rozpaczą. Przez sekundę myślałam, że ogłuchnę. Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś tak głośno krzyczał - w zamkniętej przestrzeni jeepa było to nie do zniesienia. Edward miał już na liczniku prawie sto osiemdziesiąt. - To tropiciel, Alice, nie widziałaś? To tropiciel!
Poczułam, że siedzący obok mnie Emmett cały zesztywniał. Zachodziłam w głowę, czemu akurat słowo „tropiciel” tak bardzo ich przeraża. Chciałam się tego dowiedzieć, ale nie miałam szansy się odezwać.
- Zatrzymaj się, Edwardzie - powtórzyła spokojnie Alice. W jej głosie zabrzmiała nieznana mi władcza nuta.
Wskazówka prędkościomierza przekroczyła sto dziewięćdziesiąt.
- Edwardzie, proszę.
- Posłuchaj, Alice. Czytałem mu w myślach. Tropienie to jego pasja, obsesja. Chce ją dorwać, Alice, właśnie ją, tylko ją. Lada chwila wyruszy na polowanie.
- Przecież nie wie, gdzie ona...
- Jak sądzisz - przerwał jej - ile czasu zabierze mu złapanie tropu, gdy już dotrze do miasteczka? Zaplanował to sobie, jeszcze zanim Laurent zdążył się odezwać.

Aha, więc stąd ta edziowa panika. Tylko właściwie po co James się tak spina? Dla sportu? Po cholerę nasadzać się na jakąś zwykłą dziewuchę, skoro ma taką obstawę? Ano tak, zapomniałam, przecież Belka to superspeshul snowflake, więc to jasne, że nasz tropiciel zrobi wszystko, żeby ją dopaść. (+500 Mary Sue) 


- Charlie! Nie możecie go tam zostawić! Nie! - Miotałam się spętana pasami.

- Ona ma rację - powiedziała Alice.
Edward nieco zwolnił.
- Stańmy choć na minutę i przemyślmy wszystko - zaproponowała przebiegle dziewczyna.

No właśnie, ktoś pamięta może o Charliem? Jest taki jeden, warto byłoby o nim pomyśleć. 


Edek hamuje ostro, przez co Belka mało nie traci zębów. 


- Tu nie ma się nad czym zastanawiać - wycedził Edward.

- Nie zostawię tak Charliego! - wrzasnęłam. Zignorował mnie.
- Musimy ją odwieźć - odezwał się wreszcie Emmett.
- Nie! - Edward nawet nie chciał o tym słyszeć.
- Jest nas więcej. Nie przechytrzy nas. Nic będzie miał szans jej tknąć.
- Przyczai się. 

Emmett się uśmiechnął.
- My też możemy zaczekać.

Emmett, ja też coraz bardziej cię lubię. A dla ciebie, Edek, mam to:





Och, lamo nad lamami, twa histeria nie zna granic! (+500 angst)


- Nie czytałeś mu... Ech, nic nie rozumiesz. Wybrał już ofiarę, teraz nic go nie powstrzyma. Musielibyśmy go zabić.

Wizja ta wydawała się nie martwić Emmetta.
- Zawsze to jakaś alternatywa - mruknął.
- Jest jeszcze ta ruda. Są parą. A jeśli trzeba będzie się bić, Laurent też do nich dołączy.
- Mamy przewagę.

No właśnie, kill them all. Przynajmniej sparklepiry udowodniłyby, że mają coś wspólnego z prawdziwymi wampirami. 


Alice chce zaproponować inne wyjście, ale Edzio już chyba zupełnie zwariował, bo nie ma zamiaru nikogo słuchać. Ala i Ed prowadzą ze sobą jakąś rozmowę w myślach, ale McSparkle nie zgadza się z jej pomysłem. Na to włącza się Belka ze swoim „genialnym” rozwiązaniem. 


- Wpierw zabierzcie mnie do domu. Powiem ojcu, że chcę wracać do Phoenix. Spakuję się. Poczekamy, aż ten cały tropiciel namierzy mój dom, i wtedy wyjedziemy. Facet ruszy za nami w pogoń i zostawi Charliego w spokoju, z kolei Charlie nie naśle FBI na waszą rodzinę. A potem możecie mnie wywieźć, gdzie wam się żywnie podoba.


Ale po co w ogóle ją wywo… AGH, boru, zaraz nie wytrzymam tak bardzo skoncentrowanej głupoty. Zresztą kto powiedział, że James nie zeżre Charliego, chociażby dla zabawy? Ta cała intryga od motywu (a raczej jego braku) Jamesa po plan ratowania Belki kupy się nie trzyma. (+1000 głupota)

Edek podejmuje decyzję. 

- Wyjedziesz jeszcze dzisiaj, niezależnie od tego, czy tropiciel zobaczy, czy nie. Powiedz Charliemu, że nie wytrzymasz w Forks ani minuty dłużej. Powiedz mu zresztą cokolwiek, byle podziałało. Wszystko mi jedno, jak na to zareaguje. Spakuj, co będziesz miała pod ręką, i załaduj się do swojej furgonetki. Daję ci na to piętnaście. Piętnaście minut od wejścia do domu, słyszysz?

I co potem? Będą żyli tak na gigancie forever? Bo przecież James jest wszak taki nakręcony na niesamowitą Belkę, że będzie ją ścigał na krańcach świata.



- Zrobimy to tak. Staniemy pod domem. Jeśli tropiciela tam nie będzie, odprowadzę Bellę do drzwi. Będzie miała piętnaście minut. - Zerknął gniewnie na moje odbicie w lusterku wstecznym. - Emmett, zajmiesz się otoczeniem domu. Alice, zajmiesz się furgonetką. Będę w środku tak długo, póki nie skończy. Gdy wyjdziemy, możecie odwieźć jeepa do domu i opowiedzieć o wszystkim Carlisle'owi.

- Ani mi się śni - przerwał mu Emmett. - Zostaję z tobą.
- Emmett, zastanów się. Nie wiem, jak długo to potrwa.
- Dopóki się tego nie dowiemy, zostaję z tobą.

W razie by ktoś zapomniał, że Em to badass. 


- Uważam, że powinniście pozwolić mi wyjechać samej - dodałam jeszcze słabszym głosikiem.

Tym razem mnie nie zignorował.
- Bello, ten jeden jedyny raz zrób, jak ci każę - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Posłuchaj, Charlie nie jest imbecylem. Jeśli i ty znikniesz zacznie coś podejrzewać.
- To nie ma znaczenia. Dopilnujemy, żeby nic mu się nie stało. Tylko to się liczy.
- A co z tropicielem? Widział, jak się dziś zachowałeś. Domyśli się, że jesteśmy razem.
Emmetta po raz drugi zaskoczyła moja przebiegłość.

Mnie też. Tzn. plan jest dalej debilny, ale Belka stara się w miarę logicznie myśleć w granicach tego całego idiotyzmu. Niestety nie trwa to długo. 


- Edwardzie, nie lekceważ jej. Myślę, że Bella ma rację.

- Też tak myślę - przyznała Alice.
- Nie ma mowy - syknął Edward.
- Emmett też powinien zostać - wyjawiłam dalszy ciąg mojego planu. - Ten cały James dobrze mu się przyjrzał.
- Ja też mam zostać? - obruszył się Emmett.
- Będziesz miał więcej okazji, żeby mu dokopać, jeśli zostaniesz - zauważyła Alice.
Edward spojrzał na siostrę z niedowierzaniem.
- Naprawdę sądzisz, że powinienem pozwolić jej jechać samej?
- Nie samej, nie - sprostowała Alice. - Będę ją osłaniać z Jasperem.[…]
- Przeczekaj tydzień, no, kilka dni - poprawiłam się, widząc w lusterku jego minę. - Pokazuj się w miejscach publicznych chodź do szkoły. Niech Charlie upewni się, że mnie nie porwałeś, a gdy James ruszy w pogoń, dopilnuj, żeby podchwycił zły trop. To wszystko. Potem przyjedź do mnie, byle okrężną drogą. Jasper i Alice wrócą do domu, a my znowu będziemy mogli być razem.
Widać było, że zaczyna traktować moje urojenia na poważnie.
Zamyślił się.
- A dokąd pojedziesz?
- Do Phoenix. 

- Gdzieżby indziej. Przecież to właśnie powiesz ojcu. Tropiciel jak nic będzie podsłuchiwał.
- A ty zrobisz wszystko, żeby był przekonany, że chcemy go wykiwać. W końcu to, że będzie podsłuchiwał, to dla nas żadna tajemnica. Jest tego świadomy. Nigdy nie uwierzy w to, że naprawdę pojadę tam, dokąd obiecała

To jest najbardziej niepotrzebnie zawiły i przekombinowany plan jaki w życiu widziałam. 


- Hm - mruknął Emmett w zamyśleniu. - Nie ma co, brzmi nieźle. - Chodziło mu zapewne o możliwość dokopania Jamesowi.
- Zamknij się, Emmett.
- Sam pomyśl. Jeśli spróbujemy się z nim porachować, gdy Bella będzie gdzieś w pobliżu, istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo, że komuś stanie się krzywda - jej albo tobie, gdy rzucisz się ją bronić. Ale jeśli dorwiemy go, gdy będzie sam... - Emmett przerwał znacząco i uśmiechnął się do swoich myśli. A jednak miałam rację.


Dorwijcie go teraz, do ciężkiej cholery, jest was więcej, macie supermoce, lepszą znajomość terenu, no błagam! Stefciu, pisanie intryg i akcji wychodzi ci jeszcze gorzej niż pisanie epickiego romansu. Cóż, nie jestem specjalnie zdziwiona.

- Bello - odezwał się Edward czule. Alice i Emmett wbili wzrok w szyby. - Jeśli dopuścisz do tego, by coś ci się stało, cokolwiek, będziesz za to osobiście odpowiedzialna, rozumiesz?




No dobra, Ala zapewnia, że ona i Jazz poradzą sobie z niańczeniem Swanówny. Edzio ostrzega siostrę, by nie próbowała wprowadzić w czyn swojego wcześniejszego pomysłu. Koniec rozdziału. Za tydzień Belka udowodni, że wyrywanie ojcu serca nie jest dla niej żadnym problemem. 

Trzymajcie się


(+1000 głupota)
(+500 Mary Sue)
(+600 asshole)
(+1 bitch)
(+500 angst)

Beige

15 komentarzy:

  1. To była również moja główna myśl podczas czytania tej pasjonującej intrygi: dlaczego do wała nie upie...ć natrętowi łba przy samej dupie jeszcze przed podwieczorkiem i spokojnie zasiąść do dobranocki. Przypuszczam, że dlatego iż to pozbawiłoby nas wątpliwej przyjemności dowiadywania się przez następne długie rozdziały, jak Belunia w swojej mesjanistycznej naturze idzie na rzeź za mamę, tatę i wszystkie głodujące dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Swoją drogą zabawne jest to jak Meyerowa próbuje nas takimi zwrotami akcji przekonać, że Belcia to chodząca dobroć, która przenosi ślimaki przez autostradę i zasłoni każdego własną piersią, a altruizm kapie jej wręcz z uszu. Tymczasem przez 90% czasu buduje wizerunek egoistycznej, pustej wydmuszki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiedzcie mi, że nie byłam jedyną osobą, która parsknęła śmiechem na ten widok - nie,nie byłaś.Totalna żenada,najgorsza scena filmu,wampiry jak klauny.
    Castle słodki!
    Analiza dobra a Meyer głupia jak zwykle!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak tylko chciałam: https://www.facebook.com/pages/Team-Tylers-Van/376281324040?fref=ts
    :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie, nie byłaś jedyna. Ja przy tym filmie na przemian chichotałam i wzdychałam z nudów. Ale najbardziej rozbawił mnie tekst "jesteś moją heroiną" u pary, która zdążyła ze sobą zamienić parę zdań.

    "Z całej trójki najbardziej urodziwy był z pewnością przywódca grupy. Pod charakterystyczną bladością kryła się piękna, oliwkowa cera, pasująca do lśniących czernią włosów."
    Jaka cera? Szaro-zielonkawa? No tak, w końcu to żywy trup.

    Melomanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Oliwkowy" to akurat bardzo popularne określenie na ciemną, południową karnację (np. Włosi), a nie na szaro-zielonkawą w stylu zombie.

      Co nie zmienia faktu, że "Zmierzch" ssie.

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Taaa... wszyscy stawali się trupio bladzi, a ten jeden akurat nie. Ciekawe dlaczego?

      Usuń
  6. To była właśnie ta scena, przy której nie zdzierzyłam i moja kuzynka - fanka Jedynego, Boskiego Edwarda jest na mnie obrażona do dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń
  7. Melomanko: istnieje coś takiego, jak oliwkowa cera. Ciemna, znaczy. ;)
    Ale:

    "Pod charakterystyczną bladością kryła się piękna, oliwkowa cera"
    Czy tylko ja widzę w tym momencie Laurenta z mocno upudrowaną twarzą? Inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć tej ciemnej cery kryjącej się pod bladością. O.o

    Hasz

    OdpowiedzUsuń
  8. Dla mnie zawsze jego cara była jakby zielonkawo-brązowa przy brzegach twarzy. Bo tak by wyglądała po wybieleniu oliwkowej.

    Logiki tego planu nie potrafiłam zrozumieć nigdy. Nawet zamierzchłych czasach młodości, kiedy twierdziłam, że "Zmierzch" nie jest taki zły. Bo skoro mamy osiem wampirów, z czego Emmet jest supersilny, Jasper jest superwojownikiem, a Eduardo superszybki, w ogóle super z nich drużyna... Na dodatek Jasper mógł im kazać być spokojnymi i mogliby wszystkich wyrżnąć w pień w ciągu pięciu minut i jeszcze skoczyć po kanister benzyny i zapalniczkę, ale gdzie ja szukam logiki... W końcu jakby krew się pojawiła w książce o wampirach, to byłaby wręcz zbrodnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Logika tego planu polegała na tym, żeby pokazać czytelnikowi, że Cullenowie są TYMI DOBRYMI i naprawdę, ale to naprawdęnaprawdęnaprawdę nie chcą nikogo zabijać. Wiesz, w razie gdyby jakiś czytelnik jeszcze nie załapał tej pierwszej i najważniejszej prawdy objawionej, którą Meyer nieudolnie forsuje przez całą tę, hm... no książkę.

      Usuń
  9. Jest w tym coś przerażającego, jak Edo wrzuca Belkę do samochodu niczym worek kartofli, i usiłuje wywieźć w dal. Ma w dupie Charliego, który na pewno szalałby z rozpaczy, nie wiedząc gdzie jest jego córka. Ma w dupie Bellę, której początkowo nawet nie informuje o planach, dotyczących jej osoby! ważna jest tylko histeria Eda, który nie liczy się z nikim i niczym. Super hiper Edzio traktuje ukochaną jak ubezwłasnowolnioną osobę po lobotomii,aż dziwne, że nie dał jej w twarz, kiedy mu się sprzeciwiała (serio, czekałam na taki moment. Idealnie wpasowałby sie w konwencję tej obrzydliwej sceny). Ideał psia jego mać...
    Llyann

    OdpowiedzUsuń
  10. "Jeśli dopuścisz do tego, by coś ci się stało, cokolwiek, będziesz za to osobiście odpowiedzialna, rozumiesz?"
    Bo gdybyś się nie ubierała jak szmata... Oh, wait, to nie ta bajka?

    Obrzydliwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. To przecież byłaby jej wina! Kto jej kazał używać perfum o zapachu "heroina dla wąpierzy"?

      Usuń